Szliśmy z Peetą przez plażę, trzymając się za ręce. Wokół pachniało słoną wodą, dotykającą lekko naszych bosych stóp. Uprzedziliśmy Annie, Effie i Haymitcha, że cały dzisiejszy dzień spędzamy z Peetą razem, więc ten dzień zapowiadał się na spokojny.
Myślę właśnie nad tym, co mówił mi Haymitch. Czy naprawdę muszę wychodzić za Peetę albo tłumaczyć się przed całym Panem? Nie mam innej opcji. Przyglądałam się Annie - ona wzięła ślub z Finnickiem i jak potoczyły się jej losy? Została owdowiałą matką z maleńkim dzieckiem, nie ma nikogo dokoła oprócz nas, a z kolei nas łączą jedynie Igrzyska. To ciekawe, czy potrafiłabym żyć tak jak ona? Mieć męża, dziecko, dom... Dziecko. Wyobraziłam sobie, że siedzę na łóżku i czesze włosy dziewczynce. Gdy obraca się, widzę w niej Prim. Nie, nie chcę mieć dzieci, oprzytomniałam. Już wcześniej to sobie obiecywałam, więc czemu jeszcze się nad tym zastanawiam?
- O czym myślisz? - Peeta wyrywa mnie z zamyślenia. Nie wiem, jak mu to wyjaśnić, więc mrucze tylko:
- O przyszłości.
Wzdycham tylko ciężko, Peeta nie pyta o nic, jedynie przygląda mi się uważnie. W jego oczach widzę taki spokój, że mam wrażenie, że jest tym samym chłopcem, który był synem piekarza, który żył w Dwunastce razem ze mną i tak samo chodził do szkoły. Jakby nic potem nie miało miejsca. Jakbyśmy nigdy nie ryzykowali życia, nie przechodzili przez kamery Kapitolu, nie walczyli w Drugiej Rebelii.
- A ty kiedyś myślałeś - mówię w końcu - wiesz, o tym, co może się stać, co chciałbyś, żeby było. - moje zdanie jest bez sensu, ale Peeta chyba zrozumiał, o co mi chodzi. Patrzy w dal, na morze, po czym odpowiada.
- Tak naprawdę nie możemy planować zbyt wiele. Może jutro Panem przestanie istnieć albo ty odejdziesz... - otwieram szeroko oczy ze zdziwienia.
- Niby gdzie miałabym odejść? - pytam.
Peeta kręci głową, jakby zrezygnował z ciągnięcia tego tematu.
- Nieważne. A ty masz jakieś plany? - zapytał. Dobra, ten jeden raz, obiecuję sobie, ale następnym razem nie dam mu tak łatwo zmienić tematu.
- Poza szukaniem szczęścia gdzieś, gdzie nie znajdę smutnych wspomnień? Nie, to chyba wszystko - Peeta uśmiecha się i delikatnie mnie obejmuje.
- Szczęścia nie znajdziesz w jakimkolwiek miejscu, którego wcześniej nie znałaś. Musisz wybrać, co w tym miejscu powinno się znajdować, by cie uszczęśliwić. - patrzę na niego i przypominam sobie jego mowę, jaką wygłosił w Jedynastce, gdy wygraliśmy Igrzyska. Czasem naprawdę dziwiło mnie, jakim sposobem tak dobrze włada językiem, potrafiłby nawet wynegocjować demokrację u Snowa, jestem tego pewna, tylko gdyby dali mu szansę...
- A więc chcę w tym moim miejscu ciebie - po raz pierwszy od kilku dni uśmiecham się. Peeta ma rację. Mogłabym wyjechać, nieważne, dokąd, ale tęskniłabym. Tęskniłabym za nim, za Effie, Haymitchem, Annie, nawet malutkim Finnickiem. Wreszcie myślę o ostatniej osobie, która kiedyś była mi bliska. Gale.
Peeta odwzajemnia uśmiech i całuje mnie w usta. Przypominam sobie, ile zadałam mu bólu, gdy udawałam przed Kapitolem, że go kocham. Czy nadal chciałam to robić? Jeśli tak, mogę wyjść śmiało za chłopaka, ale to nie rozwiązałoby moich problemów. Nie wiem, co czuję do Peety. Jest mi z nim naprawdę dobrze i chcę, żeby był szczęśliwy, ale jednocześnie boję się, żeby go znowu nie skrzywdzić, choć właśnie to robię moim zachowaniem. Co bym nie zrobiła, odepchnę od siebie Peetę, a chcę, żeby był przy mnie. To szaleństwo.
- Peeta - mówię, łapiąc powietrze, chłopak głaszcze mój policzek - nie chcę, żebyś znowu cierpiał przeze mnie - wole powiedzieć mu to wprost, nigdy nie potrafiłam kogoś okłamywać.
- Czemu miałbym przez ciebie cierpieć? - pyta cicho. Jego brązowe oczy błyszczały z podekscytowania. Katniss, czy on wygląda, jakby był nieszczęśliwy? Otrząśnij się.
- Słyszałam o tych próbach... O Kapitolu. O tym, że chcieli ciebie torturować emocjonalnie... - nie muszę kończyć, widzę, że zrozumiał. Sama nie wiedziałam, jak miałam mu to wyjaśnić.
- Jeśli czytałaś ten list, to chyba wiesz, co myślę na ten temat - Peeta patrzy mi w oczy, on naprawdę chce, żebym była szczęśliwa. Nagle wyobrażam sobie siebie i Gale'a. Czy potrafiłabym zrobić taką krzywdę Peecie? Od razu nasuwa mi się drugie pytanie - czy chciałabym być z Gale'm? Obie odpowiedzi są przeczące. Nagle zdaję sobie sprawę, że pomimo wszystko ja chcę być z Peetą.
Przytulam chłopaka, jednocześnie żegnając się z przeszłością. Katniss, Gale to przeszłość, powtarzam sobie. Tym razem i rozum i serce mówią mi to samo. A od czasu śmierci mojego ojca władzę nade mną miał tylko rozum. Katniss, idź zapolować. Katniss, skup się na Prim. Katniss, zapomnij o uczuciach do mamy, bo ona nie chce ci pomóc, umrzecie z głodu wraz z Prim, jeśli ty nic nie zrobisz. Co by się działo, gdybym kierowała się sercem? Nawet kochany Peeta nie mógłby nam pomóc, zginęłybyśmy z głodu, to pewne.
- Nie chcę Gale'a. - mówię twardym, pewnym głosem, takim, jakiego Peeta używał do publicznych przemówień. - Chcę ciebie.
Nagle jedna z większych fal uderza w nas, stojących na plaży i nasze nogi od ud w dół zostają zamoczone w chłodnej, morskiej wodzie. Peeta uśmiecha się, widząc jak reaguję na zimno i mówi:
- Byłaby szkoda, gdyby Kosogłos niechcący zmoczył pióra - mruczy, po czym chwyta mnie i bierze na ręce, a ja zaczynam wierzgać i krzyczeć, jednocześnie nie mogąc ukryć śmiechu.
- Peeta, puść, błagam - proszę, ale chłopak stoi już po pas w wodzie.
- Naprawdę chcesz, żebym ciebie puścił? - pyta, chichocząc. Rzucam mu wściekłe spojrzenie, po czym dotykam wody jedną dłonią i chlapię chłopaka prosto w twarz.
Peeta śmieje się jeszcze bardziej i nurkuje ze mną w wodach oceanu. Mam ochotę go uderzyć, bo wcale nie miałam ochotę na lodowatą kąpiel.
- No wiesz?! - krzyczę, gdy już wynurzyłam się, ociekając ze słonej wody. Peeta wcale nie wygląda lepiej, jego bluzka jest cała mokra, a z włosów ściekają drobne krople, jednak trybut nie przestaje się śmiać, patrząc na mnie. W końcu podążam za jego wzrokiem i patrzę na moje własne mokre ubrania, które przylepiły się do mojej skóry nieznośnie, przez co poczułam się, jakbym wcale ich na sobie nie miała.
Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale uśmiecham się tylko i chlapię wodą Peetę, przez co musi obrócić ode mnie wzrok. Widzę, jak krople błyszczą w świetle południa i osiadają na chłopaku, który niezdarnie próbuje się od nich zasłonić, jednak co chwilę zbliża się do mnie coraz bardziej. W końcu chwyta mnie za ręce i namiętnie całuje. Nasze usta wirują w pocałunkach, nad którymi przestaję mieć kontrolę. Moje mokre ubrania przyczepiają się do ubrań Peety. Czuję na plecach jego dłonie, rozprostowujące miękki materiał.
Opamiętuję się dopiero z fali pragnienia, gdy słyszę głos. Niechętnie odrywam się od ust Peety i patrzę na plażę. Chłopak dalej całuje mnie po szyi.
- Widzisz tam kogoś? - pytam, przyglądając się błyszczącemu piaskowi. Na plaży stoi Haymitch i macha do nas, wyraźnie zaalarmowany.
Peeta w końcu opamiętuje się i także zauważa mentora. Nie zostaję długo w wodzie, szybko wychodzę na brzeg. Haymitch udaje, jakby nie widział, co robiliśmy z Peetą w wodzie, widzę po jego twarzy, że coś jest nie tak.
- Coś się stało - to bardziej twierdzenie, niż pytanie. Szare oczy mentora wbijają się w moje oczy z zapalczywością.
- Kosogłos jeszcze nie powiedział ostatniego słowa - mówi. - Właśnie zamordowano burmistrza Dystryktu Czwartego, Mitchella Urbana.
- Jakim cudem? - pytam, przypominając sobie nazwisko. - Przecież trwa demokracja, tak? Jest w rządzie!
- No właśnie - potwierdza Haymitch. - zamordowali go ci, którzy wolą dyktaturę, Katniss. Ludzie Snowa, albo ludzie Coin.
Otwieram szeroko oczy ze zdziwienia.
- Jak ktoś może być za tym potworem?! - wykrzykuję. Peeta chwyta mnie za nadgarstek, próbując uspokoić. Wiem, że nie wypada tak mówić na temat zmarłych, ale pamiętam białe róże, które mi podarował i pamiętam, ilu ludzi zginęło przez jego rządy.
- Katniss, - mówi Haymitch spokojnie, choć sytuacja wymaga raczej innego tonu. - ZAWSZE znajdą się ludzie, którzy pójdą za ideą. Z początku myśleliśmy, że będzie ich niewiele, ale teraz...
Pozostajemy w ciszy. Próbuję przetrawić informacje. Nie podoba im się demokracja? Wolą rządy silnej ręki? Ręki mordercy? Nie mogę w to uwierzyć...
- Wiem, że to może słabe pocieszenie, ale idea demokracji nie padnie nagle, gdy chcą jej tysiące w całym Panem. Może... lepsza ochrona rządzących, albo...
Haymitch patrzy na niego z gniewem.
- Ty nic nie rozumiesz?! - warczy do chłopaka. - Chodzi tu o to, że jeżeli ludność pomyśli, że ideę taką jak demokracja może rozwalić kilku zwolenników Snowa, to tracimy wiarygodność, a demokracja jest jedyną dobrą ideą, jaką stworzono od wieku!
Widzę po Haymitchu, że naprawdę przejął się całą sytuacją.
- Więc Kosogłos ma przemówić do ludności, że to jedyny sposób - domyślam się.
- Bingo, skarbie - odpowiada Haymitch, ignorując spojrzenie Peety. - Ale to już nie będzie takie łatwe. Jeśli podnieśli rękę na zwykłego burmistrza Czwórki, dlaczego nie podniosą ręki na Kosogłosa? Symbolu nowej idei?
Peeta chwyta mnie opiekuńczo w pasie. Wiem, o co chodzi. Przekonać innych i nie dać się zabić. Tylko dlaczego znowu ja?
- Haymitch, na pewno jest jakiś inny sposób, mamy tworzyć nowa propagandę? To jest chore - Peeta ma sporo racji. To trochę nie fair, że znowu mam oszukiwać masę - najpierw przez Snowa, potem przez Trzynastkę, teraz z kolei przez kogo? Strachliwy rząd?
- Tak, wiem, ale nie mamy innego wyjścia. Wolisz wpuścić ją w tłum rozzłoszczonych rebeliantów pragnących jej śmierci czy żeby użyczyła trochę swojego autorytetu, hę? Ja preferuję to drugie.
Peeta wygląda na zrezygnowanego. Wiem, że nie mogę uciekać. Zrobiłam to już w Trzynastce, choć dzięki mojemu uciekaniu przed byciem Kosogłosem ocalili Peetę, Annie i Johannę. A teraz to mi zależało na nowym systemie. Co może być gorszego niż dyktatura?
- To nie wszystko, Katniss - mówi Haymitch, krzyżując ramiona na piersi. - Z burmistrzem zginęły dwie trzecie tutejszego rządu. Czwórka na razie stanęła pod względem władzy. Drugi problem to to, że rozpoznaliśmy część grupy. Powiem tyle: zwolennicy Snowa sprzymierzyli się ze zwolennikami Coin.
To chore, powtórzyłam w myślach słowa Peety. Tak, miał rację. Przecież Coin chciała zabić Snowa od samego początku, choć posługiwała się do tego jego metodami, a po śmierci Snowa chciała znowu wprowadzić dyktaturę. Gdybym nie domyśliła się tego wcześniej, zapewne pani prezydent szybko by mnie usunęła, bo przeszkadzałabym jej pozycji.
- To wszystko? - pytam.
- Nie - kręci głową Haymitch. Na jego twarzy maluje się współczucie. - w części zwolenników Coin znajduje się Gale. Rozpoznano go pod Urzędem Czwórki. Pewnie dlatego tu przyjechał.
Kiedy następną część?
OdpowiedzUsuń