Myślałam, że już nic mnie nie zdziwi, nic nie zszokuje. A jednak.
Gale po przeciwnej stronie. Mordujący niewinnych. Wyobrażam go sobie pod
Urzędem z nowoczesnym sprzętem Trzynastki, do którego dostęp użyczył mu
Beetee podczas Rebelii. Tak, pewnie większość Trzynastki żąda
dyktatury, pomyślałam. Na pewno chcą ukończyć to, co zaczęła budować dla
nich Coin.
Zalały mnie wspomnienia śmierci Prim. Tak, jeśli Gale był do tego zdolny, do mordowania niewinnych, nic nie rozumiejących dzieci Kapitolu, to nie przeszkodzi mu zabójstwo głów Panem.
Peeta obejmuje mnie, ale ja nie wytrzymuję i wyrywam się z jego uścisku. Uciekam. Biegnę przez piasek plaży, tym razem Peeta i Haymitch nie próbują zostawić mnie samej, biegną za mną. Po chwili potykam się i upadam, doganiają mnie.
- Katniss, uspokój się - krzyczy Haymitch, Peeta pomaga mi wstać.
- Zostaw mnie - warczę, próbując się wyrwać. - Wszyscy mnie zostawcie.
Szarpię się na wszystkie strony, jakbym dostała ataku, stojący nade mną dwaj mężczyźni nie mogą mnie utrzymać. Czuję ich mocne nadgarstki chwytające mnie za ramiona, kiedy ja tłumię szloch.
- Zostawcie mnie - powtarzam, nieudolnie próbując się od nich wydostać.
- Nie, bo nie chcemy znaleźć twojego zakrwawionego ciała na chodniku - warczy Haymitch, ale wbrew jego słowom, część rąk puszcza, a przede mną pojawia się Peeta. Widzę głęboki spokój w jego oczach, jak wtedy, gdy słyszałam na arenie głoskułki powtarzające stale głosy Prim i mamy.
Peeta nie mówi nic, za co jestem mu niewiarygodnie wdzięczna, jedynie mnie obejmuje, próbując dodać mi otuchy i siły. Rozpadam się całkiem i ściana, jaką zbudowałam w swoim umyśle pęka. Już nie jestem Kosogłosem, nie muszę walczyć, nikt nie może mnie do tego zmusić.
Wmawiam to sobie ciągle, ale wiem, że całe Panem będzie patrzyło teraz, jak zareaguje Kosogłos na bunty zwolenników Coin przeciwko temu, co ja im zgotowałam. Wygląda na to, że Kosogłos dalej tkwi w łańcuchach, a ja muszę słuchać i robić to, co mi każą.
Wtulam się w Peetę i szlocham ciężko. Emocje wypływają ze mnie z siłą, z jaką ja poprzednio podtrzymywałam swój mur. Haymitch w końcu mnie puszcza, widząc, jak nisko upadam, ale Peeta jest przy mnie. Nie musi nic mówić, jego obecność jest ponad wszystkie słowa.
Nie wiem, jak długo tak płaczę. Przytomnieję, gdy słońce już dawno zaszło, a plaża spowiła się ciemnością. Haymitcha nie ma w pobliżu.
- Długo tak siedzimy? - pytam chrapliwie. Peeta wydaje się odrywać z zamysłu i patrzy na mnie. Kącik jego usta drga lekko w uśmiechu.
- To nieważne. Czujesz się już lepiej?
Opieram głowę na jego ramieniu. Jeśli "lepiej" oznacza totalne psychiczne wykończenie, to owszem, czuję się lepiej. Patrzę jak fale łagodnie biją o nasze stopy. Czuję okropny chłód, dziwne, że dopiero teraz to zauważyłam, jakbym zasnęła, nie bacząc na nic.
- Peeta, powiedz mi wprost. Czy jest jeszcze coś co muszę robić? Czy jest to tylko moja wolna wola? Nie zamierzam znów być marionetką... - głos mi się załamuje. Peeta chwyta moją dłoń i trzyma mocno, dając mi wsparcie. Widzę po jego wyrazie twarzy, że odpowiedź nie spodoba mi się.
- Nie musisz robić nic, możesz się tylko przyglądać. - odpowiada rozważnie. - Ale dobrze wiem, że i tak coś z tym zrobisz.
Wpatruję się w morze, czując na policzkach świeże łzy. Peeta całuje mój policzek, pozbywając się jednej z nich, drugą zbywa ruchem kciuka. Zaciskam wargi, wiem, co muszę zrobić, choć może to zniszczyć mnie, Peetę i Gale'a. A przede wszystkim cały ład i porządek, który zgotowała cisza po burzy wojny.
- Dalej jestem Kosogłosem - wzdycham w końcu, przekonując do tego bardziej samą siebie, niż informując Peetę.
_ _ _
Idę do sali narad, doskonale wiem, kogo tam zastanę, ale i tak czuję chłód, gdy myślę o tym spotkaniu. Peeta idzie tuż za mną, po prawej, a po lewej mam Haymitcha, ale ich obecność niewiele mi pomaga. Nie obchodzi nie już, czy podłożą pod budynek miejski ładunki wybuchowe, czy zrównają całe Panem z ziemią.
Idę na spotkanie z Gale'em. Miejskie służby zezwoliły na to spotkanie, a i buntownicy zgodzili się, pod warunkiem, że nikt nie zatrzyma ich po przekroczeniu progu Głównego Bloku, czyli nowopowstałych budynków, w których odbywały się najważniejsze spotkania każdego Dystryktu, gdzie zasiadały miejskie służby, które bezpośrednio podlegały Dystryktowi Czternastemu - Kapitolowi. W tej kwestii niewiele się zmieniło. Każdy z Dystryktów wolałby, żeby stolica Panem znajdowała się w jego obrębie, więc wybrano Kapitol, jako, że był najbardziej neutralny i oczywiście miał najbardziej rozwiniętą kolej, co trochę sprzyjało centrum panem.
Zaraz po przekroczeniu sali narad zauważam Gale'a, który niewiele zmienił się od naszego ostatniego spotkania. Jego zielone oczy błyskały na wszystkie strony, czujne. We włosach miał resztki popiołu i brudu, którego najwyraźniej nie zdążył się pozbyć po udanym zamachu.
Na mój widok jego maska czujności jakby pęka. Rozumiem, że nikt go nie poinformował o moim przybyciu. Miał rozmawiać z miejskimi władzami na temat rozejmu, a wysłano tu mnie. Dość niekomfortowo.
- Kotna - szepcze z uczuciem. Nikt w pomieszczeniu nie zwraca na to uwagi, ale czuję, że ktoś chwyta mnie od tyłu za dłoń, dodając mi otuchy. A może tak naprawdę pokazując Gale'owi, gdzie jego miejsce.
Nie zwracam istotnej uwagi, siadam na krańcu długiego stołu, po drugiej stronie siada Gale i pozostałych trzech mężczyzn, każdy z nich wygląda niewiarygodnie nudno w porównaniu z moim dawnym przyjacielem. Ich miny zwieszają się, jakby w oczekiwaniu na wyrok.
- Witam przybyłych na spotkanie z Kosogłosem - mówi Haymitch oficjalnie. - Nie sądzę...
- Nie przyszliśmy rozmawiać z nią - jeden z mężczyzn zwraca się, ignorując moją obecność. Wydaje się najmniej zrównoważony z całej czwórki. - Ale z miejskimi władzami. Czy ona zasiada w radzie Dystryktu Czwartego?
- Nie, jestem tu przypadkiem - zabieram głos. - Ale to mnie poproszono o pomoc w związku z ostatnimi wydarzeniami, a nie miejskie władze.
Próbuję ignorować to, że Gale cały czas na mnie patrzy. Trochę mnie to stresuje, tym bardziej, że pomiędzy nami siedzi Peeta, który doskonale zdaje sobie sprawę z tej sytuacji. Haymitch rzuca mi spojrzenie, które nakazuje mi się zamknąć, ale ja nie zamierzam, gdy mogę powiedzieć coś od siebie. Nie mam nad sobą ani Kapitolu, ani Trzynastki, a moja obecność jest tu dobrowolna, powtarzam sobie, okłamując się tym samym.
- Dalej działasz na korzyść Kapitolu, Kosogłosie? - prycha drugi z mężczyzn, wydaje się być najmłodszy, zdradza go niewinny uśmieszek. Gale rzuca mu wściekłe spojrzenie.
- Kapitol już nie istnieje. - żałuję, że sami tego nie pojęli, być może Trzynastka ma problem z dostarczaniem informacji.
- Dalej w to wierzysz, Katniss? - pyta Gale. - Przecież teraz działa pod inną nazwą. Dobrze wiesz, o czym mówię. Za kilka lat okaże się, że Kapitol wciąż rządzi w Dystryktach i żadne działania podjęte przez Trzynastkę nie były warte poświęcenia.
Opada mi szczęka. Nie mam riposty, którą mogłabym uderzyć, chociaż całym sercem czuję, że Gale nie ma racji. Blat stołu, dzielący mnie i buntowników zdaje się skracać z każdą minutą. Z opresji ratuje mnie Peeta, wpatrzony w ten sam punkt na stole.
- Kapitol nigdy nie był demokracją. A teraz to ona panuje w Panem. Być może naprawdę nie macie świeżych informacji w Trzynastce, albo próbujecie nam wmówić coś, czego nie ma.
Cała trójka z wyjątkiem Gale'a wstała nagle, oburzona słowami chłopaka. Zdaje się, że zaraz rzuca się z pazurami na Peetę, ale on wydaje się w ogóle nie poruszony ich reakcją. Gale wbija w niego wzrok, w którym czai się nienawiść.
- Co tu robi ten zdrajca? - warczy trzeci z mężczyzn, który się nie wypowiedział. Dwóch pozostałych zdaje się go popierać. Twarz Peeta zamarła z szoku i złości, którą udało mi się jakimś cudem wykryć z jego spokojnego wyrazu twarzy.
Haymitch nagle wstaje, trzymając dłonie w górze, jakby mieli w niego strzelać.
- Spokojnie, nie ulegajmy emocjom, przyszliśmy tu, by rozmawiać, a nie przekrzykiwać się wyzwiskami, jak małe dzieci - dość dziwnie było mu w garniturze, ale Effie pewnie była wniebowzięta.
- Powiedz to tej żmii Snowa - odezwał się najmłodszy, ale reszta siada posłusznie, najwyraźniej posłuchawszy rady Haymitcha. Ten ostatni również zajmuje swoje miejsce.
- Czego chcesz od nas Kosogłosie? - w głosie Gale'a jest pustka, jakby przemawiał do kogoś obcego, co uderza mnie dużo bardziej, niż nazwanie mnie przez niego symbolem rebelii.
- Chce zaprzestania walk, które nie prowadzą do niczego dobrego - mówię wprost. Ktoś z obecnych prycha nieznacznie.
- Sama walczyłaś, więc nie wmawiaj nam teraz, że jesteś taka grzeczna - nie potrafię uchwycić, który z buntowników to mówi i nie za bardzo mnie to obchodzi, bo odbieram to jako bezpośredni atak na moją osobę. - To ci się po prostu nie uda.
Gale wbija wzrok w stół, jak poprzednio ja i Peeta, starając się nie patrzeć mi w oczy. Doskonale wie, co przeszłam i dlaczego zmuszono mnie do walki. Dlaczego się nie odzywa? Czemu nie staje w mojej obronie? Czuję, że jest mi o wiele dalszy, niż mi się to początkowo wydawało.
Gdy zabieram w końcu głos, zauważam drżenie moich rąk, leżących bezwładnie na stole. Faktycznie, moim całym ciałem wstrząsają drgawki na myśl o Igrzyskach.
- Nie chciałam walczyć i nigdy nie byłam do tego przeznaczona. Zostałam do tego brutalnie zmuszona, jak wszyscy uczestnicy Igrzysk, jak Peeta - spoglądam na chłopaka, który także drży na samą myśl. - Droga ciągnęła się przez całą rebelię. Nawet w niej nie chciałam uczestniczyć, ale zgodziłam się by ocalić Peetę. - w oczach Gale'a zauważam ból, ale staram się unikać moich spostrzeżeń, bo chłopak może je łatwo wykorzystać. - Nie walczę, bo nie chcę, ale jeśli tak chcecie stawiać sprawę, to nie pozostawiacie mi wyboru jak użyć przemocy, by was przekonać do demokracji.
Wszyscy w pomieszczeniu są zaszokowani moimi słowami. Tak naprawdę nie potrafiłabym skrzywdzić kogokolwiek, ale każdy myśli, że jestem maszyną do zabijania. Nie zamierzałam więc psuć sobie tej opinii.
Haymitch patrzy na mnie ze strachem, złością, ale i z podziwem, który bardzo sobie w jego oczach cenię.
Mężczyźni wstali.
- A więc dyskusja skończona. Udowodniłaś, że opinia na twój temat, którą usłyszeliśmy jest prawdziwa. Zrobili z ciebie człowieka Kapitolu z wejściem na Arenę. Nie zamierzamy dłużej tolerować tego, że Panem cię ubóstwia za twoją głupotę. Mordując Coin, zamordowałaś Rewolucję, która budowaliśmy od podstaw, a teraz chcesz nam wmówić, że to jest złe. - ciągnie ten najrozsądniejszy, z dwudniowym zarostem i włosami sięgającymi ramion.
Ja również wstaję.
- Wiecie, co jest złe? - wykrzykuję, ku przerażeniu dwóch mężczyzn siedzących po moich dwóch stronach. - Złem jest mordować niewinne dzieci Kapitolu, które umarły za ustrój, którego nawet nie zdążyły pojąć. Nie kryjcie się z tym. Doskonale wiem, kto za tym stoi - patrzę hardo w twarz Gale'a, który wygląda, jakby miał się za chwilę rozpłakać. Zdawało mi się nawet, że przez moment pożałował tego, co zrobił, ale szybko przybrał maskę obojętności, która próbował zachować przez całą krótką dyskusję. - Nie zamierzam patrzeć, jak giną niewinni - dodałam. - Jeśli jeszcze raz skrzywdzicie nieważne, czy urzędnika, czy zwykłego obywatela, to będzie to wasz ostatni czyn, zanim dosięgnie was moja strzała.
Nastała cisza, wśród której nie było słychać niczego, nawet wiatru na zewnątrz, choć dawał się we znaki od samego rana. Peeta wyglądał na zdezorientowanego, Haymitch na wściekłego, ale ignorowałam obecność i jednego, i drugiego. Moje spojrzenie było twarde, wzbogacane pamięcią o tym, co Trzynastka zrobiła Prim. Pamiętałam to i będę pamiętać, bo żaden system nie będzie nigdy idealny. A już na pewno nie polityka Coin.
- Chodźcie - mruknął Gale, jako pierwszy ustępując mojemu spojrzeniu. Cały Dystrykt ścigał ich za tę zbrodnię, więc nawet nie wiedziałam, jak mogą czuć się bezpiecznie wychodząc z Bloku. W końcu ludzie Czwórki mogą ich rozstrzelać na miejscu za taką zbrodnię, mają do tego prawo.
Gdy znikają, Haymitch wyskakuje ze swojego miejsca jak oparzony.
- Gratulacje, chcesz rozpocząć wojnę? - ryczy do mnie, zanim Peeta zdobywa się na jakiekolwiek słowa w mojej obronie. - Grożąc im, doprowadzisz tylko do jeszcze większego manifestu siły Trzynastki. Naprawdę sądziłaś, że się ciebie wystraszą? - pyta.
Ręce mi opadają. Nie mam siły zdobyć się na jakikolwiek gest, a słowa mentora przelatują mi przez głowę i wylatują uchem, jakby nigdy nie zasłyszane.
- Mieliśmy ich jakoś uspokoić, wskazać im właściwy kierunek, oto był nasz cel, a nie "moja strzała dosięgnie was". Katniss, ty coś w ogóle słyszysz? - Haymitch gada i gada, a ja zamykam się w swoim własnym świecie, zapominając o wcześniejszej sytuacji. - Peeta, powiedz jej coś, przecież wiesz, że doprowadziła Czwórkę do zguby, jak nie cały system Panem.
Peeta wzdycha tylko, łapiąc mnie za rękę. Nie ma ochoty na rozmowę i ja też nie. Pragnę tylko jak najszybciej znaleźć się w domu, w Dwunastce i zapomnieć o dziwnym spotkaniu w Czwórce. Spotkaniu dwóch przyjaciół, stojących po przeciwnej stronie barykady, których poróżniła polityka.
Leżę na kanapie w domu Annie, która wyszła z Finnickiem na spacer. Ja i Peeta jesteśmy sami. Nie odezwaliśmy się do siebie przez całą drogę powrotną, jakbyśmy bali się zawrzeć ze sobą jakikolwiek kontakt. Widziałam jednak, że nie tylko ja źle zniosłam to spotkanie. Było to trudne dla nas wszystkich.
- Chcesz coś do picia? - pyta Peeta, siadając obok mnie na tej samej sofie. Kręcę głową przecząco, wbijając wzrok w śnieżnobiały dywan. Chłopak wzdycha, w jego oczach pojawia się troska. - Myślę, że coś zrozumieli - mówi cicho. - Nie wiem do końca, co, ale coś na pewno.
- Haymitch ma rację - mówię słabo. - Niepotrzebnie się wtrącałam.
- Haymitch nie mówił tego - brwi Peety marszczą się na środku czoła, gdy chłopak namyśla się nad odpowiedzią. - Myślę, że tak, źle zrobiłaś, bo to za dużo cię kosztowało. Ale skutek jest taki, że czują przed tobą szacunek, którego wcześniej nie mieli.
- Szacunek? - prycham. - Mam gdzieś dumę. Straciłam ją już dawno, gdy...
- Gdy przymierałaś z głodu i błagałaś o coś do jedzenia, a ja rzuciłem ci chleb - kończy chłopak. W jego ciepłych, brązowych oczach zjawia się wizja tego samego Peety, który tamtego dnia uratował mnie i moją rodzinę od śmierci głodowej. Przez chwilę naprawdę tam jest, a potem znika, zostawiając mnie samą. Mimo to jestem zszokowana, że Peeta przypomniał sobie to zdarzenie.
Patrzę na niego ze zdziwieniem, które najwyraźniej go trochę rozbawia. Nagle poważnieje.
- Naprawdę brałaś udział w rebelii tylko ze względu na mnie? - pyta cicho. Nagle wstaję w mojego miękkiego miejsca spoczynku i siedzę twarzą w twarz z Peetą.
- Nie chcę rozmawiać o rebelii - mówię sennie, ale Peeta przyciąga do siebie moją twarz.
- Proszę, odpowiedz... - szepcze. Mam ochotę odwrócić wzrok od spojrzenia, któremu nie jestem w stanie się oprzeć, ale coś nakazuje mi dalej grać w tę grę. Lekko odpycham od siebie chłopaka tylko po to, by spytać:
- Jesteś zazdrosny o Gale'a?
Tak naprawdę chciałam go o to spytać zaraz po dyskusji, ale za bardzo zgniotły mnie słowa Haymitcha. Peeta reaguje rozbawieniem, na moje domysły, jakbym powiedziała coś zabawnego.
- Spośród wszystkich gestów i myśli, jakie rozpanoszyły się w Głównym Bloku ty tylko zwróciłaś uwagę na to, jak reaguję na Gale'a? - pyta. Cóż, trochę jest w tym prawdy, ale nigdy nie mówiłam, że mój tok myślenia jest normalny. Nie po Igrzyskach.
- Nie odpowiedziałeś. - przypominam.
- Ty także nie. - kłóci się Peeta. Na jego twarzy pojawia się niewinny uśmieszek, który mam ochotę zaraz zetrzeć jakąś ciętą ripostą. Nie znajduję nic takiego, więc odpowiadam po prostu:
- Tak. Lepiej ci? Teraz twoja kolej.
- To nie fair - Peeta krzywi się. Teraz to ja mam ochotę wybuchnąć niedojrzałym śmiechem. Przy Peecie niemal zapomniałam o przykrym spotkaniu z buntownikami jak i o pretensjach Haymitcha. Cieszyłam się, że w ogóle mogę spędzać czas z chłopakiem.
- Odpowiedz - poprosiłam dość grzecznie, patrząc na Peetę.
- To nie jest istotne, czy jestem zazdrosny, czy nie. Wiesz, że gdybyś chciała...
- Mam dość - warczę. - Nie chcę odpowiedzi, co ja bym chciała, ale chcę się dowiedzieć, co myślisz. Nieważne, czy odpowiedź mi się spodoba, czy nie. Chcę, żebyś był szczery.
Peeta uśmiecha się chytrze, ale nie potrafi uniknąć mojego wzroku. W końcu przystaje na moje żądania.
- Szczery, tak? Okej, więc tak.
- Co tak? - dopytuję się.
- Tak, jestem zazdrosny o Gale'a. - wywraca oczami. - Podoba ci się ta odpowiedź?
Udaję zamyślenie, ale w końcu oplatam Peetę ramionami, wtulając się w jego ciepłą szyję. Zaczynam rozumieć, dlaczego mama zachowywała się tak samolubnie po śmierci taty. Peeta był dla mnie takim światłem, jak mój ojciec dla mamy. Kiedy zniknął, zaszyła się w ciemność, błądząc po ciemku. Bałam się, że ja również zgubię moje światło, albo ktoś mi je odbierze.
- On chyba też jest o ciebie zazdrosny - mówię nieświadomie. Peeta marszczy brwi.
- A ma o co? - podpuszcza mnie.
- Pewnie, że ma głuptasie - kończę naszą rozmowę długim pocałunkiem. Peeta zamyka oczy, jednocześnie kładąc swoje delikatne palce na moim policzku. Jednocześnie przychodzi mi do głowy okrutna myśl, co zrobiłby Gale, gdyby zobaczył nas teraz razem. Jakby na przekór, całuję Peetę z większym uczuciem. Nie jestem w pełni świadoma, czy robię to dla Peety, czy dla swojej własnej wygórowanej potrzeby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz