piątek, 12 czerwca 2015

Narzeczona

- Czy ty wiesz, co zrobiłaś, mordując tamtych? - wita mnie Haymitch swoim ochrypłym głosem. Oddalam się od Peety i skupiam wzrok na mentorze.
- Gdybym tego nie zrobiła, ci ludzie mogliby umrzeć - odpowiadam wyjątkowo spokojnie.
- Zresztą to nie tylko ona. Pomogliśmy jej ja i Johanna. - dodaje Peeta.
   Haymitch wygląda na poirytowanego.
- Ale to o Kosogłosie będą mówić. Skoro podniosłaś na nich rękę, mogą to wykorzystać. Mogą powiedzieć, że chciałaś ich uciszyć, że dlatego ich pozabijałaś.
   Wzruszam ramionami, ku zdziwieniu Effie.
- Nie jestem już niczyją marionetką. Zrobiłam to, bo przysięgałam, że zabiję ich, jeśli spróbują zrobić coś innym - czuję, jak narasta we mnie stopniowo gniew. Peeta chwyta mnie za rękę, ale szybko go odpycham. - To było tylko ostrzeżenie.
   Haymitch prycha, po czym sięga po wodę w butelce, która stała cały czas obok jego krzesła. Wypija kilka łyków, po czym odpowiada nieco spokojniej.
- Dobra, teraz musimy wymyślić, co zrobić, by odepchnąć cię od tej sprawy.
- Mogę odejść sama, jeśli zechcę - warczę. - Nikt nie będzie mi dyktował, co mam robić. Ani ty, ani Effie, ani nawet Peeta!
   Mam ochotę wyjść, pewnie złamałabym tym Peecie serce. Całe szczęście Effie podejmuje ryzyko rozmowy ze mną.
- Katniss, Haymitchowi wcale nie chodzi o to, żeby cię zmuszać. Po prostu chciałaś od tego uciec, nie udało się. Teraz musisz wziąć za to odpowiedzialność i wytłumaczyć się.
   Peeta stęka, jakby słowa Effie przyprawiły go o mdłości. Patrzy na mnie wzrokiem cierpiętnika, po czym tłumaczy:
- Oni chcą, żebyśmy wystąpili u Caesara i opowiedzieli o całym zajściu i o naszych refleksjach na temat obecnego systemu, który tamci są zburzyć. Ma to być nasz własny wywiad, nie będziemy mieli żadnych kartek i będziemy mogli się wypowiadać.
   Nie odpowiadam. Przypominam sobie siedzących na widowni ludzi, ubranych fantazyjnie i reagujących z entuzjazmem na nasze każde, nawet najgłupsze słowo. To chore. Nawet, gdy będę mówiła to, co naprawdę myślę, będę to robić ze świadomością, że mnie do tego zmuszono.
- Nie chcę - mówię wprost. To nic nie da, bo wiem, co myślą buntownicy na temat mój i Kapitolu. Nie współpracuję z nimi, a mój występ u Caesara będzie to tylko zaprzeczał.
- Czasem musimy wybierać coś, czego nie chcemy, kochanie - Effie kładzie mi troskliwie dłoń na ramieniu. Odpycham ją delikatnie.
- Taki wybór to nie wybór.
- Może i tak - odpowiada Haymitch. - Ale ty wybrałaś wcześniej, gdy chciałaś z nimi rozmawiać, pamiętasz?
   Siadam na łóżku obok Peety, który obejmuje mnie jednym ramieniem. Wpatruję się w jego zakrwawiony bandaż, dopiero teraz przypominając sobie o sprawie najważniejszej - jego ranie postrzałowej.
- Peeta, ty krwawisz - mówię cicho.
- Nie, to tylko drobne skaleczenie. Kula mnie tylko drasnęła, naprawdę - widzę po jego minie, że chce mnie uspokoić, ale nie udaje mu się to ze mną.
- Effie, masz ochotę na kawę? - pyta Haymitch sennie. - Umrę, jeśli nie napiję się czegoś mocniejszego niż woda.
   Kobieta wywraca oczami, ale wychodzi za mentorem, zostawiając mnie i Peetę sam na sam. Gdy opuszczają salę, przytulam się mocniej do chłopaka.
- Nie chcę rozmawiać z Caesarem. - mówię wprost.
- Ja też nie, ale Haymitch ma rację i dobrze to wiesz - Peeta patrzy na mnie ze spokojem. Gdyby nie to, że wpakowałam się na minę, jaką są buntownicy, spędzanie z nim czasu byłoby dość przyjemne, nawet tu, w szpitalu.
- Nie cierpię, gdy masz rację - stękam, opierając łokcie na kolanach. Peeta całuje mnie w głowę.
- Tym razem nikt nie powie, że nic nie robisz, bo jednak dajesz coś od siebie - próbuje mnie pocieszyć.
- Polityka jest jak bestia - szepczę. - Oddaję jej wszystko, ale to i tak za mało. Powinnam dać sobie z tym spokój.
   Słyszę kroki na korytarzu, poza tym nic nie zakłóca spokoju, jaki nastał w tym miejscu. Wreszcie mogę odpocząć. Sama nie wiem, kiedy zasypiam w ramionach Peety. On spał podczas podróży, ja nie zdołałam zmrużyć oka, a wydarzenia tego dnia mnie wykończyły.

   Gdy budzę się, tkwię dalej w ramionach Peety, ale zauważam, że leżę razem z nim na wąskim łóżku szpitalnym. W sali nie ma nikogo, słychać jedynie jego głośne chrapanie. Przynajmniej się wysypia, myślę sobie. ja również czuję się wypoczęta, pomimo że za oknem widzę głęboką ciemność. Być może był to środek nocy.
- Dość długo spałaś - słyszę nagle, gdy chrapanie ucicha. Peeta opiera głowę na swoim przedramieniu i patrzy na mnie zmęczonym spojrzeniem brązowych oczu. Przecieram oczy.
- Też się temu dziwię - mówię szczerze - siadając. Peeta nie rusza się z miejsca. Bardzo dobrze, chcę, żeby wypoczął. - Pielęgniarki mnie nie wygoniły? - pytam.
- Na początku chciały - przyznaje chłopak z uśmiechem. - ale chyba za bardzo się wzruszyły na nasz widok, żeby nas rozdzielać, z tego co usłyszałem przez sen.
- Masz dość płytki sen, jak na takie chrapanie - mruczę, ale Peeta chichocze.
- Naprawdę przedstawiłaś im się jako moja narzeczona? - pyta mnie żartobliwie, ale widzę po nim, że również chce znać odpowiedź.
   Mam nadzieję, że moje policzki nie płoną od wstydu, którego się najadłam w tym momencie.
- Tamci z pociągu pytali, czy szukam mojego narzeczonego. Pomyślałam, że skoro tamci tak myślę, to durnym pielęgniarkom nie zrobi to różnicy, a przynajmniej mnie do ciebie wpuszczą.
   Peeta śmieje się tak głośno, że zaczynam się bać, że zaraz sprowadzi tu którąś w nich. Uciszam go w końcu, a trybut odpowiada cicho:
- Wiesz, że wpuściliby ciebie nawet, gdybyś przedstawiła się jako moja sąsiadka? Ten szpital ma trochę inne zasady, niż ten w Dwunastce.
   Przygryzam wargę, starając się nie spalić się ze wstydu. Przypomniałam sobie moment, gdy chodziłam z Annie po mieście i gdy na manekinie zauważyłam suknię ślubną. Dość okropna wizja, myślę sobie, ale jednocześnie kusząca. Jednak nie za bardzo spieszy mi się na ślubny kobierzec i nie jestem do końca pewna, czy chcę się wiązać z Peetę. Inga z helikoptera miała rację. Chyba naprawdę go kocham, ale nie potrafię przemóc się na tyle, by zaryzykować nasze relacje małżeństwem.
- Nie przeszkadzało ci to? - z odrętwienia odrywa mnie Peeta, głaszcząc mnie po policzku.
- Co?
- Nie przeszkadzało ci to, że brali cię za moją narzeczoną? - zauważam, że trybut pyta mnie poważnie. Chyba zasługuje na szczerą odpowiedź, myślę sobie.
- Nie - odpowiadam krótko, ku mojemu zdziwieniu. Peeta przyjmuje to tak, jakbym odpowiadała mu na pytanie, czy lubię spędzać czas z Effie. Prosto, bez zbędnych emocji.
- Katniss Mellark - zaczyna Peeta, po czym oboje wybuchamy śmiechem, jak małe dzieci. - Nie śmiej się, tak by to właśnie brzmiało.
- Jesteś niemożliwy - z kącików moich oczu zaczynają płynąć łzy, gdy w końcu opanowuję falę śmiechu.
-Wiem - odpowiada Peeta. - Za to mnie kochasz, prawda?
   Choć pyta dla żartu, ja nagle poważnieję, chociaż uśmiech dalej mi pozostaje. Przypominam sobie moment na Arenie, gdy Peeta dał mi perłę i gdy mnie pocałował. Teraz jestem już pewna, że ten sam Peeta powrócił do mnie, że skutki tortur Kapitolu niemal zniknęły, bo jego osobowość jest taka sama, jaka była przed naszą ucieczką z Areny, a jego zostaniem w Kapiolu.
- Prawda - odpowiadam, przybliżając się i całując go. Nie wiem, czy sprawiła to rozmowa z Ingą, ale na pewno miała wpływ, na poukładanie sobie moich uczuć w głowie. Nieważne, czy umrę jutro, czy pojutrze. Raz już odepchnęłam od siebie Peetę. Jeśli zrobię to drugi raz, zupełnie stracę rozum.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz