- Musicie wyjeżdżać? - pyta Effie smutno.
Stoimy przed domem Annie, spakowani i gotowi do podróży. Zdecydowałam, że chcę wrócić do domu, bo Czwórka boleśnie przypomina mi o Igrzyskach i nie potrafię tu wypocząć. Poza tym, jest tutaj Gale. A ja popełniłam błąd, mieszając się w ten konflikt. Miałam tylko nadzieję, że w końcu oderwę się od problemów.
Haymitch nie mówi nic, od wczoraj nie odezwał się do mnie ani słowem. Widzę po jego wykrzywionej w grymasie twarzy, że robię błąd, uciekając teraz z Czwórki, ale naprawdę nie zamierzam więcej wplątywać się w politykę.
- Powrót dobrze nam zrobi - mówi Peeta, obejmując kobietę na pożegnanie. - A poza tym, chyba wkrótce nas odwiedzicie, prawda?
Wszystkie oczy są naraz skierowane na mentora. To od niego zależy, czy będzie chciał znów zaszczycić Dwunastkę swoją obecnością. Haymitch jakby ignoruje wszystkich i po raz pierwszy patrzy mi w oczy.
- Źle robisz, uciekając, Katniss. - jego chropowaty głos oddaje cały jego niepokój w jednym zdaniu.
Kiwam głową i obracam się tyłem, starając się uniknąć odpowiedzi. Przypominają mi się słowa Coin, odnośnie mojej osoby: "Igrzyska ją zniszczyły". Nie, nie Igrzyska. Igrzyska były jedynie grą, frajdą Kapitolu, ale Rebelia była prawdziwa, walczyliśmy o prawdziwe państwo, nie tylko o życie milionów mieszkańców Dystryktów.
Jeszcze raz żegnam się z Annie, która owiewa mnie zapachem morza Czwórki. Obok niej stoi mały Finnick, trzymając się jej zwiewnej spódnicy.
- Uważaj na siebie, Katniss - szepcze Annie. Jej rude włosy rozwiewa wiatr. - Powrót nie będzie łatwy.
Marszczę brwi, nie rozumiejąc jej słów. W końcu, gdy pożegnałam się już ze wszystkimi, biorę moją skromną walizkę i idę za Peetą, który obraca się i bierze ode mnie mój bagaż.
- Przecież dam radę to unieść - mówię, uśmiechając się lekko. Chłopak odwzajemnia mój uśmiech, ale nie odpowiada, zabierając moją walizkę.
Gdy docieramy na stację, już słyszę ślizgi po torach, których zapewne nie słyszą pasażerowie siedzący w kolei. Usterki na trasach między Dystryktami dają się we znaki po rebelii, bo nie wszystkie zostały naprawione i często słychać piski po szynach.
Peeta załatwia formalności, a ja rozglądam się po zebranych tutaj ludziach. Każdy z nich wygląda na wypoczętego, pewnie przyjechali tu, by odpocząć, jak ja, z tą jednak różnicą, że im się to udało.
- Już, możemy jechać - mówi Peeta, gdy wraca z dwoma biletami. Chłopak ogląda je dokładnie, po czym daje mi jeden. - Są jakieś dziwne, nie sądzisz? - pyta, wskazując na znak w lewym dolnym rogu małego druczka.
Rzeczywiście, wyglądają, jakby ktoś dorysował na nich mały czarny znaczek wyglądający jak trzynastka.
- Nie podoba mi się to - mówię, oddając Peecie jego bilet, który wzięłam dla porównania.
- Ech, - prycha trybut. - Pewnie to jakiś żart tych gości z dworca. Czekaj, którego dzisiaj mamy?
- Trzynastego - mówię po chwili zastanowienia. W Czwórce czas mijał bardzo wolno.
- No widzisz - uśmiecha się Peeta.
- No tak, ale przecież data jest napisana druczkiem na samej górze, więc po co mieliby ją pisać drugi raz? I dlaczego tylko dzień? - wątpliwości chwytają się mnie coraz mocniej. Peeta obejmuje mnie lekko, starając się uspokoić.
- Spokojnie, już za kilka godzin będziemy w domu - całuje mnie troskliwie w czoło, gdy ja nadal przyglądam się dopisanej trzynastce. Coś mi tu nie gra i nie potrafię tego ukryć, ale próbuję, by zadowolić Peetę.
Wsiadamy spokojnie do kolei, usadawiając się w jednym z małych pokoików, które zbudowano z większych, bardziej luksusowych miejsc z pociągu, aby zmieścić większą ilość pasażerów. Zawsze droga pociągiem wydawała mi się zbyt bolesna, w końcu, jakby nie było dwa razy jechałam nim na pewną śmierć i dwa razy przeżyłam. Siedziałam w tych samych ścianach, rozmyślając, że zostawiłam w Dwunastce mamę, Prim i Gale'a. Właśnie, Gale'a...
Zajmujemy pokoik, w którym są tylko dwie sofy ustawione naprzeciwko siebie, trochę poobdzierane z wcześniejszego, pewnie drogiego materiału. Na środku pokoiku stoi mały, okrągły stolik, na którym stoi dzbanek z herbatą. Chociaż tyle z wcześniejszego luksusu, z którego korzystaliśmy czas temu.
Peeta kładzie nasze walizki przy oknie, z którego możemy obserwować całą podróż.Jest to lepsze wyjście niż zostawienie ich przy drzwiach, teraz po Panem krąży wielu złodziei, którym jedna taka walizka może dać jedzenie i nocleg na kilka dni.
- Cały czas myślę nad tą trzynastką, Peeta - mówię, gdy zaglądam przez okno. Pociąg nie ma żadnych opóźnień.
Chłopak siada na tej samej sofie, co ja, tuż obok i chwyta mnie za dłoń.
- Nie masz się o co martwić, myślę, że jesteś po prostu nadwrażliwa przez to, co przeszłaś. Nie widzę w podróży koleją czegoś niebezpiecznego.
Patrzę na trybuta z pewnością siebie. Nie, to mój instynkt podpowiada mi, że coś tu nie gra. W każdym razie mam przy sobie broń. Nie mówiłam tego Peecie, ale mój kołczan był zapakowany na wierzchu walizki, żebym nie miała problemu z szybkim wyciągnięciem broni. Łuk leżał obok niego.
Złote włosy Peety lśnią w promieniach słońca, które w Czwórce świeci o wiele mocniej, niż w Dwunastce. Trochę będzie mi tego brakować. Widzę, że mój towarzysz nabrał w tym miejscu opalenizny, pewnie ja również.
- W porządku? - pyta Peeta, głaszcząc mój policzek z uśmiechem. Kiwam nieznacznie głową.
Jedziemy długo, Peeta zasypia na moim ramieniu. Słyszę jego równy oddech, który mnie uspokaja, gdy ja patrzę na wysokie drzewa, które mijamy, jadąc z nieprawdopodobna prędkością. Co jakiś czas równiez głaszczę chłopaka, tak jak on to robi, gdy ja śpię. Mam tak czujny sen, że potrafię wyczuć nawet to. Założę się, że sen Peety jest twardy, ale to mi nie przeszkadza.
Rozmyślam nad spotkaniem z Gale'em. Jest to dla mnie o wiele boleśniejsze niż rozmowa z jego towarzyszami, którzy nazwali mnie człowiekiem Kapitolu, a Peetę zdrajcą. Gale zawsze stał po mojej stronie, co by się nie stało, a teraz zostawił mnie, tak jak ja zostawiłam Peetę, gdy Igrzyska się skończyły i nie musiałam udawać. Na samą myśl serce mi pęka. Gdybym wtedy wiedziała, że utracę chłopaka, że zmuszą go, by zapomniał o mnie, cieszyłabym się z każdej chwili z nim spędzonej, bez względu na cenę.
Nagle pociąg zatrzymuje się tak szybko, że gdyby nie to, że jedną rękę wbijam w oparcie a drugą obwiązuje w pasie Peetę z niewiarygodną szybkością, pewnie wylądowalibyśmy na przeciwległej ścianie.
- Co to było? - Peeta wydaje się mocno pobudzony, pomimo tego, że przed chwila jeszcze słodko chrapał. Rozglądamy się na boki, ale nie widzę nic niepokojącego.
Zanim zdobyłam się na odpowiedź, pociąg natychmiast trzęsie się, jakby tory wybuchły. Teraz już nie zdążyłam się złapać oparcia i oboje z Peetą padamy na podłogę. Chłopak przytula mnie, chroniąc przed odłamkami szkła z ozdobnych obrazków, które teraz leżały pobite na podłodze.
W oddali słyszę piski i jęki tych, których ładunki wybuchowe dosięgły. Wstaję na nogi i szybko wyciągam z bagażów łuk i kołczan. Peeta wygląda na zdezorientowanego.
- Katniss, co ty robisz? - pyta z szokiem.
- Jeśli to Trzynastka - mówię z wściekłością w głosie. - To nie zamierzam stać się ich celem. Za wiele przeszłam, by stać się ofiarą wybuchu w pociągu.
Zanim chłopak reaguje, wyskakuję z pomieszczenia i zamykam za sobą drzwi. Mam nadzieję, że o ile nie wyjdzie będzie tam bezpieczny, na korytarzu jest pełno kurzu. Początkowo nie potrafię dostrzec niczego w kłębach dymu spowodowanych zapewne wybuchem. Nie jestem pewna, czy zdarzył się on na początku czy na końcu, w każdym razie całe szczęście, że usiedliśmy z Peetą pośrodku.
Obok przebiega kobieta, której nie zauważyłam przez chmurę pyłów. Spycha mnie na ścianę i biegnie, jęcząc za każdym krzywo postawionym krokiem. Widzę, że jej włosy są podpalone. Więc wybuch zdarzył się na samym początku kolei. No tak, nie dość, że wstrzymali cały pociąg i narazili więcej osób na niebezpieczeństwo, to wyeliminowali większość służby kolejowej, umieszczonej na początku pociągu.
Biegnę więc w kierunku, z którego uciekała kobieta. Staram się omijać rozrzucone graty tu i ówdzie. W końcu wydostaję się z wagonu, ale zamiast przejść do drugiego, odnajduję drzwi na suficie, prowadzące na dach. Słyszę za sobą ciche kaszlenie, ale nie widzę tam nikogo. Im szybciej wydostanę się z pociągu, tym lepiej. Mam tylko nadzieję, że Peeta będzie na tyle rozsądny, że również ucieknie w okoliczny las jak część pasażerów.
Domyślałam się, kto jest sprawcą zamachu. Stąd zagadkowa trzynastka na moim bilecie. Pewnie nikt nie domyślił się czegoś tak oczywistego, bo każdy podzielał myśli Peety. Gdybym była dość rozsądna...
Chłonę zapach świeżego powietrza, jednocześnie próbując wydychać kurz, który dostał się do moich płuc. Nie widzę dokoła nic, jedynie zagadkowe poruszenie nad początkiem pociągu i lekki dym, unoszący się z tamtej części wagonów.
Biegnę więc w tamtym kierunku. Dach pociągu nie ślizga się tak bardzo, jak mi się to mogło wydawać. Choć oczywiście, im bardziej śliska byłaby jego powierzchnia, tym szybciej maszyna by jeździła. Między wagonami nie ma żadnych szczelin, które miałabym przeskakiwać, więc tym lepiej idzie mi bieg. Co prawda, nie biegałam od dawna, ale jak już miałam okazję odkryć to w Czwórce, moja kondycja nie zmieniła się bardzo od tamtej pory.
Gdy wreszcie niemal dobiegam do celu, ześlizguje się po ścianie pociągu, równając się z ziemią. Nie chcę być łatwym celem buntowników, którzy pewnie wysadzili przednie wagony. Nie muszę być blisko, by widzieć przepaloną część drzew po tej stronie lasu. Słysze krzyki i staram się iść w tamtym kierunku, jednocześnie napinając łuk w pogotowiu.
Kiedy patrzę zza ściany całego wagonu, widzę odłamki przepalonych części, w których bucha jeszcze dym i ogień. W tle, za nimi stoi trzech uzbrojonych mężczyzn, dwóch z nich poznaję z wczorajszego spotkania w Głównym Bloku. Trzymają konduktora, jeden z uzbrojonych przykłada mu pistolet do głowy.
- Kto jechał tym pociągiem? - pyta stojący naprzeciw, którego widziałam z Gale'em. To ten, u którego w oczach widziałam spokój i rozwagę. teraz nie wygląda ani na jedno ani na drugie. Nawet, gdy stoi tyłem, widzę jak jego ciało drży. Nic dziwnego. Zamach na osobę publiczną to jedno, a zamach na obywateli to drugie. Mężczyzna ma czarne, skręcone włosy sięgające mu do ramion.
Konduktor drży o wiele bardziej od pytającego go człowieka i cały czas zerka na pistolet, którego i tak nie potrafi zobaczyć.
- Przysięgam na własne życie, że nie wiem. Moim zadaniem jest tylko kierowanie pociągiem, nie obsługa wewnętrzna. Trzeba by spytać obsługę...
Metal nad jego głową zostaje przytknięty mocniej do czaszki. Konduktor natychmiastowo zamilka.
- Szukamy tutaj Kosogłosa, dobrze o tym wiecie i na pewno ją widzieliście, więc przestańcie kłamać, bo to naprawdę źle się dla was skończy.
Nie czekam na dalszą część ich rozmowy. Moja strzała przebija na wylot czaszkę mężczyzny z bronią, drugi zostawia konduktora i staje jak wryty. Czarnowłosy obraca się natychmiastowo, zauważając mnie za ścianą.
- Kosogłos - szepcze, ale zanim ktokolwiek zdołał go usłyszeć strzała wbija mu się w pierś i pada jak długi obok towarzysza. Trzeci z nich wpatruje się we mnie z przerażeniem, jakiego nigdy u nikogo nie widziałam. Wpatruje się bez słowa w trupy tych dwóch, gdy ja zbliżam się do niego z napiętą cięciwą.
- Kosogłos zawsze dotrzymuje obietnic - powiedziałam niskim głosem. - Obiecałam wam, że jeśli podniesiecie jeszcze raz rękę na kogokolwiek z obywateli Panem, to moje strzały was dosięgną.
Ostatni, który przeżył pada na twarz, błagając łamiącym się głosem o litość. Coś we mnie pękło, nie potrafiąc zmusić moich napiętych mięśni do działania. Zanim zdołałam znów przypomnieć sobie, że zabijałam tez i niewinnych, a on do nich nie należy, słyszę głos.
- Katniss - to Peeta, bez dwóch zdań. Obracam się nagle i widzę, że za mną skrada się mężczyzna, jeden z tych, którzy zaatakowali pasażerów. Peeta rzuca w jego stronę coś, co rozpoznaję dopiero, gdy buntownik się przewraca. Nóż.
Gdy zwracam znów moją uwagę na leżącego u moich stóp mężczyznę,, zauważam tylko gołą ziemię. Zwiał, gdy nadarzyła mu się okazja, nawet nie zdążyłam go zauważyć. Dobrze, nawet jeśli doniesie reszcie to i tak jestem przygotowana. Sięgam do kołczanu i czuję pod palcami sterczące witki. Naliczyłam ich przez dotyk co najmniej kilkanaście.
Peeta dobiega do mnie i chwyta mnie za ramiona. Potem przeciąga za ścianę wagonu, gdzie jesteśmy troszkę bardziej bezpieczni niż na wolnym terenie.
- Zwariowałaś? - pyta z naciskiem w głosie. - Zamierzasz zniżać się do ich poziomu?
- Peeta, ostrzegałam ich. Jeśli trzeba będzie, wymorduję każdego do cna, byle tylko innym nie stała się krzywda. Już dość się napatrzyłam na rzeź niewinnych.
Chłopak staje jak wryty, nie odpowiada nic. W końcu puszcza moje ramiona i kiwa tylko głową.
- Więc co chcesz zrobić? - pyta cicho.
- Musimy biec do tych, którzy są ranni. Może do tego czasu Czwórka zorientuje się, co się stało i wyśle jakieś posiłki.
- A co z zakładnikami? - Peeta wydaje się zdumiony zimna krwią, jaka zachowuję. Mnie także to dziwi, ale rodzi się we mnie furia, której nie potrafię przełamać. Po to walczyłam, po to byłam skazywana na rzezie, po to przetrwałam, by teraz w kraju, który poprowadziłam nieskromnie mówiąc ku zwycięstwie, świecąc jedynie twarzą przed kamerami, miały się dziać takie rzeczy, a ja nie mogę nic na to poradzić. Nie jestem twarzą rebelii, jestem jej częścią.
- Dobra, ja pójdę do zakładników. - decyduję szybko, nie za bardzo zastanawiając się nad konsekwencjami. - Ty idź do rannych.
Peeta chwyta mnie za rękę, żebym nie zdołała odejść.
- Nie, nie puszczę cię tam samej. Ostatnio, kiedy się rozdzieliliśmy zakończyło się to tragicznie, pamiętasz? - pyta. Nie muszę się domyślać, o co mu chodziło. Arena na Ćwierćwieczu Poskromienia. Gdy po raz ostatni widziałam mojego dawnego Peetę. Teraz widziałam go znowu i znów tylko przez sekundę, gdy wspomnienia do niego wróciły. Dzieje się tak jednak coraz częściej, więc pewnego dnia wróci na zawsze z całą pamięcią.
- Dobra, to chodźmy razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz