Szukam wokół Peety, ale nikt z uwolnionych pasażerów nie ma pojęcia, gdzie wzięli go tamci. Z jednej strony wiem, że jest pod właściwą opieką, ale z drugiej strony im dalej jest ode mnie, tym odczuwam większy niepokój.
Niedługo potem przyjeżdżają odpowiednie służby, które zajmują się niebezpiecznymi odłamkami wagonów, rannymi oraz przede wszystkim sprawcami.
Gdy jestem pewna, że nie stanowią już kłopotu, odciągam na bok Johannę i pytam ją, gdzie jest Peeta.
- Uspokój się - mruknęła nieprzyjemnie, ale chciała mnie jednocześnie uspokoić spojrzeniem. - Peeta na pewno jest z pozostałymi. Poszli wzdłuż linii kolejowych do końca pociągu, bo stamtąd spodziewali się pomocy. Może znajdziesz ich po drodze.
Kiwam z zapałem głową i biegnę w tamtym kierunku, zjeżdżając po żwirze usypanym przy torach. Moje myśli zmieniają się z każdą minutą, próbuję uspokajać sama sobie, ale słabo mi to wychodzi. Mijam kolejne wagony, biegnąc obok, ale nie spotykam po drodze nikogo, kto mógłby mi wskazać drogę.
W końcu, gdy dobiegam do końca długiego pociągu zauważam dużą grupę ludzi, wyglądających, jakby byli świadkami trzęsienia ziemi. Wszyscy spoglądają na mnie, wskazując mnie palcami i szepcząc:
- Kosogłos.
Ja stoję oniemiała, ciągle dysząc i nie zwracając uwagi na obecnych. Kiedy odzyskuję oddech, zaczynam wołać Peetę. Wszyscy obracają się dokoła, ale nikt nic nie mówi.
Nagle czuję uścisk w przedramieniu, ktoś złapał mnie za rękę. Widzę przed sobą nieznaną kobietę, której ciemną twarz pokrywają liczne zmarszczki.
- Twój narzeczony został zabrany. - mówi ochryple, patrząc mi w oczy. Nie reaguję wściekłością na określenie narzeczonego, co dziwne, nawet mi to nie przeszkadza.
- Gdzie? - pytam.
Kobieta wskazuje w kierunku gęstych drzew, nad którymi cicho krzyczą rozwrzeszczane mewy.
- Do szpitala w Czwórce.
Nawet nie zdążyłam jej podziękować, bo do grupy dołączyli funkcjonariusze w błękitnych mundurach, których wynajęto do pilnowania spokoju w Dystryktach. Taka miejscowa policja, z tym jednak, że woleli nazywać się właśnie Funkcjonariuszami, gdyż nie było wyraźnej różnicy między ich kryminalną i medyczną opieką nad obywatelami Panem.
Musiałam się przepchnąć przez tłum ucieszonych ludzi, by pomówić z pierwszym lepszym Funkcjonariuszem.
Był to młody mężczyzna, być może o kilka lat starszy ode mnie. Jego brodę pokrywała krótka bródka, która dodawała mu trochę wieku tak jak jego wysoki wzrost.
- Przepraszam - powiedziałam nieco znużonym głosem, zaczepiających mężczyznę. Jego usta ułożyły się w łagodnym uśmiechu. - Muszę koniecznie dostać się do szpitala w Czwórce.
Funkcjonariusz kiwnął głową ze zrozumieniem, po czym odpowiedział:
- Mój helikopter weźmie tylko pięć osób, ale dla ciebie Katniss, zrobię wyjątek.
Stanęłam jak wryta, słysząc swoje imię. W końcu po raz pierwszy widziałam tego człowieka, a on wyglądał, jakby znał mnie bardzo dobrze. Najwyraźniej byłam o wiele bardziej popularna, niż mi się mogło wydawać. Sam fakt, że inni dalej mówili do mnie Kosogłosie... Myślałam, że wydarzenia rebelii mam już za sobą, ale najwyraźniej ten symbol przywarł do mnie już na zawsze.
- Kim jesteś? - pytam mężczyznę, który jednocześnie wskazuje coś swojemu kompanowi.
- Och, jestem Kriste Rolve. Komisarz Sztabu Funkcji i były dowódca buntu w Dystrykcie Czwartym. - otworzyłam szeroko oczy i podałam swoją dłoń, w wyciągniętą ku mnie dłoń komisarza. Nadal nie potrafiłam zrozumieć, jak ktoś tak młody może tak wysoko awansować.
- A więc znasz mnie z rebelii... - mówię z wahaniem. Kriste pokazuje mi rząd białych zębów.
- Kosogłosie, w Panem nie ma osoby, która cię nie zna. Zwłaszcza Dystrykt Czwarty, o tym mogę cię zapewnić. Zaczekaj chwilę - prosi i zostawia mnie przy gładkim czubie ostatniego wagonu.
Widzę, że wydaje kilka komend do swoich podwładnych, po czym wraca do mnie, cały czas uśmiechając się aż nad zbyt uprzejmie.
- Możemy iść. Grupa, którą zabieram, powinna już stać przy moim helikopterze.
Po czym kiwa ręką zapraszająco i rusza wzdłuż torów, ku pustemu placykowi, na którym znajdowało się dziesięć helikopterów, różnej wielkości i przeznaczenia. Jestem pewna, że bez problemu uda im się zabrać wszystkich pasażerów.
- Będę odpowiadać za to, że większość z buntowników leży martwa? - pytam cicho,wpatrując się w nieruchome tory, pod moimi nogami. Już stąd potrafię dostrzec grupę, która rzeczywiście czeka przy helikopterze, jak mówił komisarz Rolve. Wszyscy mają na sobie takie same niebieskie mundury, jak Kriste, więc domyślam się, że wyjątek, który zrobili dla mnie jest naprawdę duży.
- Znaleźliśmy czternaście ciał - mówi spokojnie Kriste. - Ani jednego ciała zakładników, ani rannych, nie licząc Peety - najwyraźniej znał nie tylko mnie, ale i trybuta. Nic dziwnego, przez pewien czas całe Panem żyło naszym wyimaginowanym związkiem. - Jak dla mnie to sukces, bo nasza ekipa przyleciała tu specjalnie dlatego, że doszła do nas informacja o zamachu. Mieliśmy wezwać posiłki i wtedy zobaczyliśmy te ciała. I ciebie. Johanna wytłumaczyła nam całe zajście i nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy ciebie zatrzymać. Działaliście w obronie własnej i pasażerów, a poza tym mamy u was duży dług wdzięczności.
Podczas jego przemowy zdołaliśmy przejść całą odległość dzielącą nas od helikoptera. Wokół ludzie zdawali się uspokajać, panika, która początkowo wstrząsnęła całym pociągiem wygasła, jak ogarek, któremu nie dostarcza się tlenu.
Pozostali Funkcjonariusze uśmiechają się na mój widok, jakby cieszyli się z mojej obecności. Czuję się bardzo dziwnie, jakby zamiast przejmować się zaistniałą sytuacją woleli zajmować się Kosogłosem.
- Katniss poleci z nami - powiedział Kriste. Jego głos z uprzejmego stał się niemal władczy. - Musi dostać się do szpitala.
- Przed chwilą jeden helikopter ratunkowy poleciał w tamtym kierunku - mówi jeden z obecnych, jednocześnie wsiadając do maszyny.
- Dobra, wsiadajcie - mruczy Kriste, czekając, aż wszyscy wejdą do helikoptera. On sam wchodzi ostatni.
Zajmuję miejsce przy oknie, by móc obserwować z góry całe zajście. Chcę zobaczyć wielkość całego zdarzenia z góry.
Maszyna wznosi się w powietrze, gdy wszyscy obecni zapinają pasy, trzymające ramiona. Idę za ich przykładem i robię to samo. Naprzeciw mnie siada komisarz, a ja spoglądam na stojący pod nami pociąg, który tkwi w środku gęstego lasu jak cichy zabójca.
- Za kilka godzin powinni naprawić pociąg i usunąć wszystkie szkody - mówi Rolve, widząc moją minę. - Dobrze, że wybuch nie podpalił lasu - w jego głosie wyczuwam napięcie. Naprawdę źle by się to wszystko potoczyło, gdyby drzewa zajęły się ogniem, uświadamiam sobie.
- Myślę, że po prostu chcieli wziąć zakładników, by móc się jakoś osłonić. Zamachem na burmistrza Czwórki się nie popisali. teraz każdy ma ich w ręku. Z zakładnikami zawsze mieliby jakąś alternatywę.
- Tak sądzisz? - pyta mnie komisarz, zamyślonym głosem. Irytuje mnie to, że nasza rozmowa wygląda jak luźna pogawędka, a nie jak dyskusja o niebezpieczeństwie, które czyhało na los pasażerów.
- Jeśli mordowało się na Igrzyskach - mówię cicho, wpatrzona w dal. - można przewidzieć niektóre zachowania.
Komisarz zachowuje to bez żadnego komentarza. naprawdę zaczynam lubić tego człowieka. Nie narzuca się i jest wyrozumiały. W dodatku nie stęka nad czyimś losem, ale to chyba normalne po tylu krwawych przewrotach rebelii.
- Chcesz się dostać do Peety? - pyta ktoś, kto siedzi obok mnie. Dopiero teraz zauważam, że jest to kobieta, ale przez jej krótko ścięte włosy na mężczyznę, nie poznałam jej na początku. Czoło zakrywa jej długa grzywka, a na szyi ma wytatuowanego węża.
Kiwam głową.
- Jesteście w końcu razem? - kobieta zadaje pytanie, najwyraźniej nie mając tyle taktu, jak jej dowódca, który rzuca jej ostrzegawcze spojrzenie, ale sam wygląda na zaciekawionego.
Zagryzam wargę i odpowiadam najgłupiej, jak tylko potrafię.
- Nie wiem.
- Nie wiesz? - moja rozmówczyni brnie dalej. - Jak można tego nie wiedzieć? Kochasz go, czy nie?
- Inga - warczy Kriste. - Nie wypada pytać o sprawy prywatne.
- Chyba, że o jej sprawach prywatnych wie całe Panem - odpowiada Inga buńczucznie. - To jak?
Naprawdę jestem wstrząśnięta tymi pytaniami. W końcu ktoś postawił sprawę jasno, a ja cały czas unikam odpowiedzi na dręczące mną pytania. Wiem, że Peeta na pewno chciałby ze mną być, bo nie raz mi o tym mówił, przynajmniej przed jego torturowaniem, ale ja tak naprawdę zawsze odpycham go od siebie, gdy ktoś próbuje narzucić mi jakąś odpowiedzialność. A tylko z tym kojarzy mi się związek.
- Nie wiem, czy w ogóle potrafię jeszcze kogoś kochać - nagle odpowiadam. Kobieta wreszcie zamilka, nie do końca ucieszona moją odpowiedzią.
- Trudno się temu dziwić - mówi komisarz, wskazując na siedzącą obok mnie Funkcjonariuszkę. - Inga straciła całą rodzinę, gdy próbowała wyrwać się z Dystryktu. Jedynie ona przeżyła z całej rodziny, bo zgubiła się w ogromnym tłumie ogarniętym paniką. Brian - wskazał na brodacza, siedzącego obok niego - utracił swoją żonę, która najpierw została awoksem służb porządkowych Czwórki, a potem została przez nich zgwałcona i zabita. - brodacz schylił głowę w geście rozpaczy. - Ja byłem zakochany w dziewczynie, która zginęła w Igrzyskach. Wiem, co to znaczy strata. Potem, gdy odebrano nam racje żywnościowe i wszyscy przymierali głodem, próbowałem pomagać potrzebującym. Złapali mnie Strażnicy Pokoju i niemal zakatowali na placu kar. - od razu przypomniał mi się Gale i jego poobdzierane plecy od licznych batów. Zapomnij o nim, Katniss, mówię sobie. Gale to przeszłość. Radzi sobie o wiele lepiej bez ciebie. - Tylko cudem uszedłem z życiem.
- Taak - śmieje się Inga, co nie za bardzo pasuje do nastroju sytuacji. - żebyś widziała naszego komisarza wykrzykującego na środku: "Pierdolić prezydenta, pierdolić Kapitol!"
Mimowolnie uśmiecham się, a na twarzy komisarza widzę rumieniec.
- To samo zrobiła chyba Johanna Mason, podczas wywiadu z Ceasarem, prawda? - kąciki ust Kiste'a unoszą się w delikatnym uśmiechu. - Więc nie jestem oryginalny.
- Ale za to jaki porywczy - chichocze Inga.
Ja wpatruję się dalej w ziemię, która mijamy podczas lotu. Widzę już jasne budynki Dystryktu, sądzę, że nie udało nam się nawet wyjechać z Czwórki. Sam fakt, że nad drzewami unosiły się mewy wskazywał na bliski kontakt z morzem, a tym samym z cywilizacją nadmorską.
- Buntownicy mówili, że nie wiedzieli o tym, że nie działam z Kapitolem - mówię cicho, jakby do siebie, ale nagle wszyscy milkną skupieni na mnie. - Wy też tak myślicie?
- Skąd - prycha Inga. - Wiele można o tobie powiedzieć, Kosogłosie, ale nie to. Zawsze walczyłaś z Kapitolem.
- Zdawali się nie mówić o przeszłości - dodaję i zerkam na komisarza. - Oni myślą, że ja teraz współpracuję z Kapitolem. Że demokracja to jej kolejny twór.
- Jest duża szansa, że kłamią, by odeprzeć od siebie zarzuty lub by się usprawiedliwić - Kriste zabiera głos. - Ale rzeczywiście, to jest dość dziwny pomysł.
- Trzynastka jest najdalszym Dystryktem - myślę dalej głośno. Mam w nosie, czy Funkcjonariusze wykorzystają gdzieś tę wiedzę, czy podadzą ją dalej. - Czy możliwym jest, żeby informacje im podawane były nieprawidłowe.
- Myślę, że sama dobrze wiesz, jak działa propaganda - mówi Rolve, drapiąc swój policzek. Nie sądziłam, że zwykli ludzie tak wiele wiedzą na temat polityki. - Zdajemy sobie sprawę, że wykorzystywano ciebie do opinii publicznej, możesz być spokojna - uśmiecha się, widząc moją minę. - Zresztą Peetę też. My uwierzyliśmy w to, że nie działał w własnej woli, gdy namawiał do zaprzestania buntu.
- Mów za siebie. Dla mnie zawsze był śliski i będzie - rechocze Inga. W ostatniej chwili Kriste łapie mój łokieć, gdy chcę uderzyć dziewczynę w szczękę.
Inga wydaje się tylko jeszcze bardziej ucieszona.
- Nie potrafisz ukrywać emocji - uśmiecha się pobłażliwie. - broniłabyś go nawet, gdyby rzeczywiście stanął po stronie Kapitolu.
Zastanawiam się nad słowami dziewczyny. Czy naprawdę bym to zrobiła? Peeta różnił się od Gale'a to było pewne. W końcu nie zgadzałam się z Gale'm, który był zdolny do mordowania niewinnych. Ufałam jednak Peecie na tyle, że byłabym pewna, że gdyby miał wybór, wybrałby słusznie, bo kierował się dobrem każdego, nie tylko sprawy, za jaką walczył.
Dolatujemy chyba do szpitala, bo helikopter zaczyna lądować. Gdy zerkam znów przez moje okno, zauważam duży, biały budynek. Gdybym miała obstawiać, właśnie tę budowlę nazwałabym szpitalem. Rolve kładzie rękę na moim ramieniu.
- Spokojnie, na pewno tam jest. Sam wysłałem go z medykami - mimo że jego słowa nie mają wielkiej wagi, odczuwam ulgę. Rzeczywiście, zaczynały we mnie narastać podobne myśli.
Helikopter staje, a część Funkcjonariuszy wychodzi, by mnie pożegnać, Inga zostaje w maszynie. Kriste Rolve staje przede mną, po czym mówi cicho:
- Gdybyś potrzebowała jakiejkolwiek pomocy to tylko poproś. Czwórka pamięta, Kosogłosie. Jeszcze nie zakopaliśmy toporów i chętnie je wyciągniemy, gdy zajdzie potrzeba walczyć o to, co słuszne.
Dziękuję mu i żegnam się z nim i z Brianem. Sądzę nawet, że ten drugi jest również awoksem, ale zachowuję swoje przypuszczenia dla siebie. Cały czas mając na plecach łuk i kołczan, wchodzę do budynku. Za mną czuję odgłos startującego helikoptera.
Wchodzę do wnętrza, gdzie ściany są obdrapane, a gdzieniegdzie stoją tylko składane fotele. Szpital wygląda koszmarnie. Za małą ladą siedzi szczuplutka kobieta, która wyglądem przypomina mi małą Rue. Również ma ciemną karnację i tak samo bystre spojrzenie. Zauważam jednak, że kręcą się tu budowniczy, więc jest nadzieja, że to miejsce będzie z mniej opłakanym stanie.
- Słucham, w czym mogę pomóc? - pyta kobieta.
- Chcę dostać się do Peety Mellarka - mówię. - Podobno przywieziono go tutaj jakiś czas temu.
- Tak, jest w górnej sekcji. Pani jest rodziną? - jednak nie każdy mnie zna, zauważam z ulgą. Nie chcę być do końca życia zauważana na ulicy.
- Tak - kiwam głową. Do głowy przychodzi mi kolejne kłamstwo - jestem jego narzeczoną.
Słaby żart, dodaję w myślach, ale myślę, że skoro i tak większość osób myśli, że tak jest, to nic nie zaszkodzi udawać dalej. W końcu to nasza sprawa, a przynajmniej tak powinno być
- Dobrze więc - kobieta ustępuje. - Czwarte piętro, sala numer 6. Powinna pani trafić.
Mruczę pod nosem ciche podziękowanie i wspinam się po schodach. Nie ma tu nawet windy, a zresztą, gdyby tu była, poszłabym schodami. Za dużo wspomnień związanych z Kapitolem.
Czuję napięcie narastające z każdą chwilę, gdy przechodzę przez ciemne i brudne korytarze. Tym miejscem naprawdę powinni się zająć urzędnicy. Aż zaczynam rozumieć motywy buntowników. W końcu, jakby nie patrzeć, najpierw odremontowano budynki główne i urzędy, a dopiero potem mieszkania. Całe szczęście, że Kapitol zebrał przez te wszystkie lata tyle funduszy, że bez problemu starczyło na odbudowę szkód rebelii.
W końcu odnajduję salę, o której mówiła mi recepcjonistka i uchylam je bez pukania. Nie wiem, czy to mój brak kultury, czy po prostu zwyczaj. Jeśli ktoś by mnie nie oczekiwał, nie wchodziłabym. Choć może wtedy bym zapukała.
Gdy zaglądam do sali widzę uśmiechniętego Peetę z zabandażowaną nogą, zwisającą z łóżka. Chłopak siedzi prosto, jakby nie zwracał na nią szczególnej uwagi. Obok niego, na tym samym łóżku siedzi Effie, a na krześle naprzeciw siedzi Haymitch. Oboje, nawet tak zadbana Effie, wyglądają, jakby przybyli tu jak najszybciej, nie dbając zbytnio ani o swój ubiór, ani o wygląd.
- Katniss - Peeta wydaje się przeszczęśliwy na mój widok. Podchodzę do niego, jednocześnie rzucając mój łuk i kołczan bezpośrednio na podłogę koło stóp Haymitcha i obejmuję chłopaka, ignorując resztę gości.
- Całe szczęście, że nic ci nie jest - szepczę ledwie słyszalnie, ale Peeta chyba mnie usłyszał, bo przytulił mnie mocniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz