Znowu kryję się za rozrzuconymi fragmentami wagonu i podsłuchuję. Teraz nie ma tu już konduktora, ale widzę około dziesięciu ludzi, którzy chowają się przez uzbrojonymi buntownikami. Naliczyłam ich około dwudziestu. Aż włosy zjeżyły mi się, gdy pomyślę sobie o bezpośrednim ataku. Nawet z Peetą nie mamy szans.
- Słyszałeś to? - pyta jeden z nich druha. - Kosogłos tu jest. Zabił trójkę naszych.
- Jakim cudem? Czym? Patykiem? Przecież nie ma żadnej broni.
- Najwyraźniej ma. - ten pierwszy wzrusza ramionami. - Ale mamy przewagę.
- To dobrze. - mruczy najwyraźniej przełożony.
Chowam się szybko, gdy jeden z porywaczy patrzy w moją stronę. Mam nadzieję, że mnie nie zauważył. Peeta opiera się plecami o drugą część wagonu, nieopodal. Raczej nie powinni tu zaglądać, chyba że nas zauważyli.
Nagle słyszę huk pocisków, wystrzeliwanych w kierunku tamtych. Wiele z nich trafia w cel. Zaglądam zza ściany i widzę, że prawie połowa buntowników leży martwa obok trzęsących się, ale żywych zakładników. Reszta porywaczy rozgląda się dokoła czujnie, mierząc bronią w niewidomy cel.
Teraz nastąpiła cisza. Najwyraźniej pociski atakującego wyczerpały się.
- Wy idźcie tam - dowódca wskazuje kilku mężczyznom w naszą stronę. Na szczęście jest ich tylko kilku. Przy odpowiednim ataku powinno mi się udać.
Gdy część buntowników idzie w moim kierunku, ja napinam łuk, gotowa do ataku. Wystarczy tylko kilka kroków. Nie będzie widać ciał, gdy zaszyją się za kolejnymi fragmentami wagonu. Peeta daje mi znak.
Wyskakuję zza ściany i celuję wprost w pierś jednego z nich. Zanim reszta reaguje, ja chowam się znów za ścianę, o którą odbijają się pociski. Są coraz bliżej. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że nie mam żadnych szans z bronią palną. Peeta wyskakuje ze swojego fragmentu i celuje w napastników dwoma nożami. Jednym z nich trafia. I tak jestem zdziwiona, jak łatwo przychodzi chłopakowi posługiwanie się bronią, której nigdy nie używał.
Gdy jednak próbuje zrobić unik, tak jak ja wcześniej, zostaje trafiony w nogę. Widzę na jego twarzy grymas bólu, zalewający go od stóp do głów, ale chłopak tylko zagryza zęby i wskazuje mi jeden palec.
Nie czekając na zaproszenie obracam się ponownie, z drugiej strony i celuję w ostatniego napastnika. Gdy pada, ja podbiegam do trupów i zabieram im broń. Mam nadzieję, że jest naładowana.
W sumie nazbierałam jeden karabin i dwa krótkie, wygodne pistolety. Peeta bierze do ręki karabin, ja pozostaje przy rewolwerach. Nagle słyszymy głos ze strony przeciwnej, niż ta, z której przyszli buntownicy.
Gdy się obracam, widzę Johannę, której policzek jest siny od uderzenia. Domyślam się, że musiała siedzieć w przednich wagonach i jej obity policzek jest wynikiem nagłego hamowania pociągu.
- Co tu robisz? - pytam przyjaciółkę, kiedy dołącza do mnie. Zauważam, że nie zmieniła się bardzo od naszego ostatniego spotkania, poza tym, że odrosły jej włosy, które Kapitol ściął jej krótko, podczas tortur.
- A jak ci się wydaje? - warczy. - Myślisz, że jechałam pierwszą klasą?!
Na ustach zakwita mi uśmiech, Peeta też się uśmiecha.
- To ty wtedy strzelałaś? - myślę, że gdyby jeszcze był z nami Finnick, dalibyśmy radę buntownikom bez najmniejszego problemu i ta myśl sprawia, że moje serce zaczyna krwawić, gdy przypominam sobie, że przyjaciel już nie wróci.
- Tak, ale skończyła mi się amunicja - pokazuje mi swój własny karabin. Jestem ciekawa skąd go ma, ale nie pytam więcej, niż jest to konieczne, bo to nie jest najlepsze miejsce na pogaduszki.
- Nie mamy jej za dużo - mówię wskazując na naszą broń i podając jej nieużywany przez nas pistolet, by wyjęła z niego amunicję. - Ale myślę, że oni też nie, bo nie mieli jakiegoś zapasu. Obszukałam ich.
Johanna klnie cicho i wskazuje na mój kołczan.
- Lepiej zostań przy łuku. Słabo ci idzie strzelanie z palnej - mówi, przygryzając wargę. Wiem, że jej słowa powinny mnie urazić, ale cieszę się z jej obecności.
- Czyli z łuku idzie mi całkiem dobrze? - pytam, a Johanna odpowiada, pokazując mi język. Peeta wskazuje na miejsce, w którym trzymają zakładników.
- Macie jakiś plan? - pyta cicho, choć w tym miejscu i tak nikt nie może nas usłyszeć.
- Ja mam - mówi krótko Johanna, patrząc na mnie spojrzeniem brązowych oczu. - Odciągnę ich uwagę, a wy strzelacie. Chodźcie za mną.
Po czym, nie czekając na nas, rusza do ataku, kryjąc się za kolejnymi częściami wagonów, które są ustawione mniej więcej w okręgu, pewnie dla komfortu porywaczy. Gdy mija ostatni najbliższy fragment, ukazuje się na chwilę tamtym i ucieka, gdy pociski pędzą tuż za jej plecami. Część całego oddziału buntowników rusza za nią, a gdy przerywają linię łączącą mnie i Peetę, zaczynamy ostrzał. Dopiero piąty z pędzących na ślepo zauważa, że coś jest nie tak, gdy pod jego nogami padają towarzysze. Jednak nie ma czasu, by opowiedzieć o tym reszcie, bo sam dostaje kulkę w łeb.
Gdy dowódca zauważa, co się stało z większością jego podwładnych zaczyna się panika, ludzie nie wiedzą, czy mają dalej pilnować zakładników. Johanna biegnie do nas po łuku, tak by pozostali jej nie zauważyli. Gdy dołącza do nas, daje znak i wychodzi do czterech mężczyzn, którzy zostali przy zakładnikach. oni także dobywają broń.
- Rzuć broń - krzyczy Johanna, trafiając dowódcę. Reszta drży na widok padającego przełożonego. - Nie będę się powtarzać - warczy dziewczyna.
W końcu, gdy dołączamy do niej, tamci rzucają broń i podnoszą ręce do góry. Johanna podbiega i zabiera ją.
- Ilu was tu zostało? - pyta rozwścieczona. Zakładnicy uciekają we wszystkie strony. Część przybiega do mnie. Dalsza część rozmowy Johanny i buntownika nie jest mi znana.
- Wiedzieliśmy, że nas ocalisz, Katniss - mówi kobieta, która rzuca mi się na szyję. Chce ją odepchnąć, bo zasłania mi potencjalne cele i Johannę, ale w końcu daję się jej uściskać. Mam tylko nadzieję, że buntowników nie jest więcej.
- Katniss, to ty? - pyta następny z zakładników. Wszyscy wyglądają na przeszczęśliwych na mój widok. Teraz odpycham ich lekko i wskazuję na Johannę. Zakładnicy uciekają w las, ciesząc się z wolności.
Peeta nagle upada ściskając nogę. Jego dłoń drży.
- Peeta, co ci jest? - pytam, dobiegając do chłopaka. Jego spodnie są całe z krwi.
- Nic mi nie jest - mówi przez zęby. - Osłaniaj Johannę.
Zerkam szybko na dziewczynę, której już udało się związać buntowników ciężkim lnianym sznurem. Żaden nie ważył się nawet zaryzykować rzucenie po broń, która leżała kilka metrów od nich.
- Trzeba kogoś wezwać - mówię łamiącym się głosem.
- Katniss, uspokój się. - chociaż ciało chłopaka drży, głos ma nadzwyczaj spokojny. - Nic mi nie będzie. bierz broń i idź do Johanny. Wcale nie proszę.
Biorę do ręki łuk i wracam do dziewczyny, zerkając z niepokojem na Peetę, któremu dwóch z ocalonych zakładników pomaga wstać. Chłopak syczy z bólu, gdy wreszcie staje na nogi. Nie potrafię się skupić na walce.
- Katniss! - krzyczy Johanna, ale zanim zdołałam się obrócić, kula śmignęła tuż nad moją głową, niemal ocierając się o skórę.
Zauważam jednego buntownika, stojącego dokładnie w tym miejscu, z którego ja obserwowałam Trzynastkę. Napinam szybko łuk i celuję w napastnika, zanim on próbuje strzelić drugi raz. Nie, nie próbuje. Najwyraźniej wyczerpała mu się amunicja. Trafiam go w nogę.
Czuję po lewej stronie głowy ciepłą ciecz, ale nie przejmuję się tym zbytnio. Dopóki nie czuję bólu, mogę normalnie funkcjonować. Johanna zerka na mnie w przypływie troski.
- Pilnuj ich, ja lecę sprawdzić, czy jeszcze ktoś tam jest. - po czym biegnie w stronę młodego chłopaka, który do mnie strzelał i zabiera mu leżącą nieopodal broń.
Patrzę na czterech zamachowców, związanych ciasno liną. Wyglądają na pokonanych. Nawet gdyby mieli ze sobą broń, to nie mieliby jak z niej strzelić, ciasno owinięci sznurem. Johanna wykonała kawał dobrej roboty. Zbliżam się do jednego z nich, trzymając łuk w pogotowiu.
- Czemu to robicie? - pytam niezbyt przyjemnie. Mam nadzieję, że wśród zabitych nie spoczywa ciało Gale'a.
-Zmiany nie biorą się znikąd, Kosogłosie - warczy jeden ze związanych, spluwając w bok. - Trzeba je stopniowo wprowadzać. Zepsułaś wszystko, na co pracowaliśmy tyle lat!
Zamiast uderzyć buntownika w twarz, czy nagadać mu tak, żeby się więcej nie odezwał, ja po prostu kucam obok i mówię spokojnie.
- Snow wykorzystywał moją osobę jak marionetkę, potem robił to samo z Peetą. Gdy przybyłam do Trzynastki to samo zrobiła ze mną Coin. To wszystko było propagandą. Nie osiągnęłaby nic, gdyby grała w otwarte karty, więc nie wmawiajcie innym, że Coin miała rację i nie róbcie z niej męczennicy.
Wstaję, zostawiając mężczyznę samego ze swoimi myślami. Wydaje się, że chyba cokolwiek zrozumieli.
- Kosogłosie - woła za mną ten sam zamachowiec, z którym zamieniłam słowo, gdy obracam się do niego tyłem. Wygląda na zmieszanego. - walczyłaś do końca, prawda? Nie zabiłaś Coin ze względu na kogoś?
Waham się nad odpowiedzią, przypominając sobie ciało pani prezydent, które spada z balkonu wraz z moją strzałą.
- To była chyba moja jedyna nie wymuszona decyzja, jaką zrobiłam od Igrzysk.
- Musisz im powiedzieć - związany nagle ożywia się. Nie jest stary, ma najwyżej czterdziestkę. Domyślam się, że resztę życia spędzi w celi i już zaczynałam mu współczuć.
- Zamknij się - ścisza go kompan, który wygląda jak jeden z ludzi z Dwunastki. Ma ścięte włosy tuż nad głową i wygląda przez to na prawdziwego żołnierza.
- A co, może nie? - pyskuje do niego tamten. - Katniss, w Trzynastce panuje przekonanie, że przeszłaś na stronę wroga, że demokracja jest dziełem Snowa.
Mimowolnie cofam się w tył zszokowana słowami związanego. Niby ja miałabym przejść na stronę Snowa? Po tym wszystkim po zrobił mi? Peecie? Wszystkim trybutom? Przecież Kapitol mordował i to ogromne ilości niewinnych dzieci przez te wszystkie lata...
Już mam odpowiedzieć, gdy buntownicy wyczytują z mojej miny uczucia, jakie wywołuje nazwisko prezydenta. Nigdy nie potrafiłam skrywać emocji.
- Po co do cholery zabijałaś Coin?! - pyta ten buntownik z przystrzyżonymi włosami.
Patrze mu w oczy hardo i odpowiadam.
- Mielibyście wtedy Kapitol z Trzynastki. Nic by to nie pomogło ludowi Panem, bo polityka waszej prezydent wyglądałaby tak samo jak polityka Snowa.
- Nie możesz tego zakładać - kłóci się.
- Nie muszę. Pokazała to mordując niewinne dzieci Kapitolu. Oraz Prim - nie wiem, po co to dodaję. Przy imieniu siostry drży mi głos.
- To Kapitol ich zabił... - zaczyna trzeci z obecnych. Mimo że są związani prowadzą ze mną otwartą dyskusję.
- Zapytaj lepiej Gale'a, kto zabił te dzieci - warczę, a szczęki obecnych otwierają się w niemym szoku. Nie mam już ochoty na rozmowę.
Odchodzę od tamtych, którzy przekrzykują się zadając mi pytania, ale trzymam w dłoni tylko dobrze napięty łuk w pogotowiu i nie odzywam się.
Wkrótce wraca Johanna z czterema silnymi mężczyznami. Nad głową słyszę szum helikopterów. Dość późno zorientowali się, że coś jest nie tak, myślę sobie. Myślałam, że pomoc przyjdzie najpóźniej pół godziny po całym zdarzeniu. Jakby nie było, minęło już kilka godzin.
Zostawiam Johannę z zatrzymanymi. Na pewno dadzą sobie radę. Ja muszę koniecznie sprawdzić, co z Peetą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz