Uchylam lekko oczy, razi mnie światło dnia. Zauważam, że leżę sama, Peety nie ma obok mnie. Rozglądam się, ale nie widzę go nigdzie.
Zarzucam na siebie szlafrok i schodzę po schodach w dół, cały czas szukając przyjaciela. Przypominam sobie chwilę, kiedy drżałam o jego życie, kiedy tęskniłam za każdą spędzoną z nim minutą. Kapitol znów wtargnął w mój umysł, pomyślałam, wpadając do kuchni.
Nagle przystaję oszołomiona, choć w głowie dalej mi huczy. Peeta stoi jak gdyby nigdy nic w mojej kuchni, trzymając w dłoni dzbanek z parująca kawą. Mało go nie upuścił, widząc moją panikę, ale odetchnął powoli.
- Dzień dobry - powiedział z uśmiechem.
Podchodzę do niego bardzo wolno, układając sobie myśli w głowie. W jednym momencie staram się przypomnieć sobie rady mojego psychologa.
Stoję kilka centymetrów od jego twarzy, wpatrując się w niego.
- Bałam się, że znowu odszedłeś - szepczę. Peeta przytula mnie, a ja dalej drżę. Martwe twarze, setki zabitych, rozwalony dystrykt, uśmiechy trybutów, wszystko w mojej głowie zlewa się w jedną całość, niszcząc mój umysł.
- Już, już, spokojnie, nigdy do tego nie wrócimy, rozumiesz? - mówi opanowanym głosem. Zawsze potrafił panować nad swoimi emocjami. Nawet po wydarzeniach z igrzysk głodowych.
- Nie, to na zawsze zostanie z nami. - zaprzeczam. Nie potrafię znieść jego kłamstw, choć wiem, że ich potrzebuję.
- Chyba, że zastąpimy te wspomnienia czymś innym - obracam wzrok. Peeta odstawia w końcu dzbanek, chyba oparzył mu dłonie albo po prostu znudził się trzymaniem go.
- Czym?
Całuje mnie w czoło, po czym patrzy w dal i opowiada:
- Dobrymi wspomnieniami.
Przytulam się do jego silnego torsu i stoję tak bez ruchu. Nie chcę odchodzić, on chyba też nie chce mnie wypuszczać z ramion.
- Kto to powiedział? Twój psycholog?
- To był pomysł żmii. Ja go przekręciłem - wyczuwam w jego głosie nutę jadu i spoglądam na niego z niepokojem. Znam go bardzo dobrze, nie skrzywdziłby nikogo, a tym bardziej nie nazwał nikogo żmiją, choć jak inaczej można było nazwać prezydenta Snowa?
Stoimy tak długo, bez słowa. Przypominam sobie jedyny moment podczas Ćwierćwiecza, który z chęcią zapamiętałam. Rozmowę z Peetą na plaży, kiedy dał mi swój złoty medalion - nasz znak rozpoznawczy, wymyślony przez Effie. Powiedział mi wtedy, że muszę przeżyć, bo mam dla kogo żyć, gdzie wrócić, on nie ma nikogo.
Wpadam na pomysł.
- Chcę zbudować nowe dobre wspomnienia, ale tylko jeśli będą związane z tobą. - mówię pewnie. Peeta trzyma mój podbródek i obraca go w swoją stronę. Patrzę na jego usta jednocześnie walcząc z pokusą pocałowania ich. Obiecałam sobie, że dam sobie spokój z zakochaniem, z wyborem pomiędzy nim, a Gale'm.
Teraz Gale'a przy mnie nie było, a nim się spostrzegłam, moje usta dotykały ust Peety. Wtulałam się w niego mocno, ciesząc się jego obecnością. Po tylu nieszczęściach, okropieństwach, jakie mnie dotknęły, w końcu poczułam szczęście. Poczułam się tak, jak wtedy, gdy żył mój ojciec. To samo bezpieczeństwo, uśmiech, miłość. Moje serce napawało się tymi uczuciami, jak narkotykiem, nie chcąc się od niego uwolnić.
W końcu Peeta odpycha mnie delikatnie, ale stanowczo, łapiąc oddech. Ja również dyszę.
- Dobra, może zacznijmy od początku mówi z uśmieszkiem. - Co chcesz na śniadanie?
Pisz dalej świetne :-)
OdpowiedzUsuń