Przyjechaliśmy do Dystryktu Piątego po trzech godzinach - naprawdę dobry czas, choć koleje nadal jeszcze nie były w pełni odnowione. Dotarliśmy do jakiegoś nadmorskiego ośrodka, z którego okien widzieliśmy, jak morskie fale rozbijają się o brzeg. Już z tym widokiem poczułam się nieco lepiej. Nie wiem, czy te wakacje to dobry pomysł, w końcu, kiedy my będziemy wypoczywać, całe Panem będzie pracowało nad odbudową po wojnie. Wiedziałam, że pracowity Peeta będzie gryzł się z tą myślą cały urlop. Spróbowałam więc zastąpić nazwę "wakacje" na "odwiedziny Annie", co również mieliśmy w planach.
W samym ośrodku poprosiliśmy o wspólny pokój, przecież nie mogłabym znieść myśli, że musiałabym odganiać moje koszmary sama. Potrzebowałam Peety przy sobie. Być może byłoby to egoistyczne myślenie, gdyby nie to, że Peeta też sypiał lepiej przy mnie. Tak czy inaczej weszliśmy do naszego wspólnego pokoju z wielkim łóżkiem pośrodku z dwiema większymi walizkami w dłoniach. Położyłam moją obok łóżka. Całą drogę wykłócałam się z Peetą, który chciał mi pomóc ją nieść. Wyglądam aż tak słabo?
Pomimo że podróż trwała krótko to gdy przyjechaliśmy, słońce już zaszło i nawet nie mieliśmy czego zwiedzić. Mieliśmy za to cały jutrzejszy dzień na obejrzenie Dystryktu z bliska i spotkanie z Annie.
Peeta położył się na łóżku. Widać było po nim zmęczenie, nic dziwnego, przez ostatnie kilka dni wychodził ranem, a wracał wieczorami cały umorusany ziemią i potem. Obiecał mi, że nie będzie pomagał przy odnawianiu starej kopalni, ale pomoże robotnikom w usuwaniu zawalonych budynków w centrum Dystryktu. To on potrzebował prawdziwych wakacji, nie ja.
Kucam obok Peety, głaszcząc jego blond włosy. Patrzy na mnie z czułością.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że spędzę z tobą trochę czasu - szepcze. Uśmiecham się do niego lekko.
- Nie wiedziałam, że spędzanie czasu z Kosogłosem jest dla ciebie takie cenne. - obydwoje uśmiechamy się do siebie.
- Dla każdego jest - mówi, patrząc na sufit. Po raz pierwszy od dawna mieliśmy ciszę, nie licząc szumu fal. - Tyle, że ja mam takie szczęście.
- Och, ty - zgrzytam z udawaną złością i próbuję go zrzucić z łóżka. Peeta w ostatniej chwili łapie moją nogę, która twardo podtrzymuje mnie na łóżku, muskając moje udo. Siłujemy się chwilę, po czym padam unieruchomiona na łóżko, wściekając się na roześmianego Peetę.
- Puść mnie - krzyczę, choć moje usta uśmiechają się.
- Najpierw mnie ładnie przeprosisz - mówi Peeta, niczym dobry ojciec. Dziwne, nigdy nie wyobrażałam sobie jego w takiej roli.
Prycham tylko i wiercę się jeszcze bardziej.
- Od kiedy Kosogłos przeprasza? - nagle całuje mnie, uciszając zarówno mój gniewny ton, jak rozwścieczone ruchy.
Kurczę, zawsze kiedy to robi, nie mogę się od niego odkleić, za to rozkręcam się coraz bardziej. W końcu Peeta odpuszcza i kończy pocałunek, po czym szepcze mi do ucha.
- Zawsze, kiedy czuje się winny - naprawdę nie wiem, o co mu chodzi, ale jego spojrzenie przez ułamek sekundy jest tak bolesne, że aż mnie zatkało. Przypomniałam sobie o Gale'u i to, że faktycznie mam coś na sumieniu. Nie byłam do końca w porządku w stosunku do Peety i teraz to wiem, tak samo jak w stosunku do Gale'a. Wybieram Peetę i nie odpuszczam. Co by się nie stało, nie wrócę do myśli o Gale'u.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz