wtorek, 13 stycznia 2015

Muszle

   Ledwie wysłaliśmy telegram do Effie, dostaliśmy od niej odpowiedź - byli właśnie w drodze do Dystryktu Czwartego. Peeta pojechał z Annie, żeby ich zabrać ze stacji.
   Ja siedziałam na plaży razem z małym Finnickiem, boleśnie uświadamiając sobie, jak bardzo przypomina swojego ojca. Żal mi było tych wszystkich rozmów z moim przyjacielem, gdy pomagał mi uporać się z moim załamaniem. W Dystrykcie Trzynastym dużo rozmawialiśmy, on był... inny niż wszyscy. Bardziej współczujący. A Kapitol i tak zrobił z niego zabawkę...
   Patrzę się na morze tak intensywnie, że niemal straciłam z oczu chłopca. Przychodzi do mnie i podaje mi okrągłą muszlę. Przyjmuję ją bez wahania. Już umie chodzić, jest taki duży.
   Nigdy nie miałam podejścia do dzieci, ja ich nawet nie lubiłam. Annie nie miała z kim zostawić synka, a Peeta nalegał, żebym spędziła dzień nad wodą. Tak też zostałam niańką na okres próbny.
   Finnick patrzy mi w oczy. Jego własne mają kolor morza, po ojcu.
- Muss-la! - woła. Uśmiecham się przez łzy.
- Ty nawet nie poznałeś taty, prawda? - chłopiec grzebie w piasku, poszukując zgubisk morza. Nagle znajduje drugą muszlę i kładzie mi na nodze. Nie strzepuję jej, jestem ciekawa, co on robi. Kładzie tak następną i następną, aż w końcu cała moja noga leży przykryta piaskiem i pojedynczymi muszelkami. - Chcesz mnie zakryć? - pytam. Śmieszy mnie zachowanie małego. Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć. W końcu Finnick podskakuje i cieszy się, klaszcząc w grubiutkie rączki. Patrzy na mnie, po czym podbiega i przytula się.
   Jestem tak zszokowana tym gestem, że nie wiem, co mam zrobić. W końcu obejmuję go delikatnie, uśmiechając się pod nosem. Chłopiec odblokował we mnie coś, co blokowałam od odejścia Prim. Troskę, opiekę, odpowiedzialność. Zastanawiam się, czy Mały nie będzie źródłem moich wspomnień na temat siostry, ale nie odpycham go, cieszę się, że jest, Finnick też by się cieszył.
- Mama! - woła Finnick i leci do Annie. Zauważam, że jego mama jest w kostiumie kąpielowym i ma rozpuszczone, rude włosy na ramionach. Jak zwykle na jej widok jest mi potem głupio spojrzeć w lustro, jest taka piękna. Za nią stąpa Peeta w samych spodniach, zapewne miał zamiar się kąpać. Czuję lekki dreszcz na jego widok. Zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie widziałam go bez koszulki. Przygryzam wargę i odwracam szybko wzrok, zdając sobie sprawę, że podoba mi się jego widok. Dlaczego właściwie to robię? Obracam się znów i widzę za Peetą i Annie dalej, niemal jeszcze w naszym ośrodku, Effie w różowym kostiumie... Chwila, jest bez makijażu. I w dodatku z rozpuszczonymi jej naturalnymi blond włosami. Spoglądam na nią z szokiem, co zauważa Peeta i Haymitch i obaj wybuchają śmiechem.
- Wy wiecie, że mieliście odebrać Effie ze stacji, nie? - zwracam się do nich.
Effie ignoruje to i rzuca mi się na szyję niemal tak jak Mały, tyle że Effie jest jednak nieco starsza.
- Witam Katniss, wyglądasz tak... kobieco - rzuca w stronę Peety ukradkowe spojrzenie
- Znaczy, jak? - uśmiecham się.
- Och, jesteś cudowna skarbie, promieniejesz - tłumaczy, ściskając mnie dalej. A co ja mogę powiedzieć o niej? Po raz pierwszy widzę tę istotę. Znaczy, Effie razem ze swoją warstwą pudru i licznymi perukami wyglądała na dużo starszą niż z odżywioną cerą, świecącymi oczami i rozpuszczonymi włosami o kolorze promieni słonecznych. Zauważam dyskretnie, że Haymitch cały czas na nią zerka.
- I kto to mówi, Effie - mówię skromnie. Nigdy nie potrafiłam sprawiać nikomu komplementów, także i tym razem.
   Haymitch jest bardziej powściągliwy, po prostu rzuca mi uśmiech i mówi:
- Dobrze widzieć, że nasz Kosogłos dalej walczy.
- Walczy? - pytam. - Walka już się skończyła. - Haymitch kiwa głową, ale jakby z pobłażaniem. Zastanawia mnie to spojrzenie.
   Effie zaczyna rozmowę z Annie na temat kobiet w Dystryktach i ich ciężkiej pracy, dziwne, bo Effie zawsze umiała mówić jedynie o wyglądzie. Mówi o biedzie tam panującej i o tym, jak ciężko to przeżyła. W dodatku nasłuchałam się też, jakie zmiany zostały wprowadzone w polityce Dystryktu, a raczej przywódcami, którzy zasiadali w rządzie.
   Od czasu sytuacji z Coin, Plutarch, Haymitch i wielu innych starszych z Trzynastki postanowili nie dopuścić do takiego stanu. Utworzyli rząd, w którym z każdego Dystryktu jest wybieranych pięciu reprezentantów, którzy mieli wgląd do wszystkich spraw w państwie. Kapitol zmienił się w Dystrykt Czternasty, co było kompletnym szokiem dla wielu mieszkańców. Dalej zapewniał rozrywkę w Panem, ale na jasno wydzielonych warunkach. Zero krwi, śmierci, morderstw. Już nigdy nikt nie wspomni o Igrzyskach, o straconych dzieciach, poległych krewnych.
Słucham tak w napięciu, aż w końcu Peeta bierze mnie za rękę i odciąga na bok. Zastanawiam się, po co to robi.
- Pływasz ze mną? - pyta z nieśmiałym uśmieszkiem. Co prawda mam na sobie strój, a dokładniej zaraz pod lnianą koszulką i krótkimi spodenkami, ale nie chcę maczać się w zimnej wodzie, o nie.
Kręcę głową z uśmiechem, ale Peeta rzuca mi chytre spojrzenie.
- Cóż, próbowałem grzecznie - mruczy, po czym bierze mnie błyskawicznie na ręce i kieruje się w stronę fal.
- Niee, Peeta, stój, nie chcę! - wrzeszczę i szarpię się, ale on tylko się śmieje, tak samo jak reszta, która przerwała rozmowę.
Patrzę mu w oczy wrogo, ale nie mogę oprzeć się przyjemności dotyku jego gorącej, opalonej skóry torsu. Zaczynam się powoli staczać przez te całe myśli, nigdy nie myślałam tak o Peecie. Zawsze był dla mnie kimś, w rodzaju powiernika tajemnicy odnośnie prawdziwych intencji Igrzysk i ich funkcjonowania, tego co działo się na arenie. Po raz pierwszy zaczynałam patrzeć na niego jak na mężczyznę.
- Dalej wierzgasz? - pyta chichocząc. Woda sięga mu do pasa, wystarczyłoby żeby mnie teraz puścił, ale teraz to ja do niego przywarłam, chcąc uniknąć kontaktu z zimną wodą.
- Peeta, proszę - mruczę, ale nagle on przytula mnie bardziej i skacze razem ze mną do wody. Obydwoje zostajemy zalani przez ciepłą wodę od stóp aż po czubek głowy, chwytam jego ramion i wypływam na powierzchnię.
   Peeta wypływa zaraz po mnie, otrzepując wodę z blond włosów. Jestem wściekła, kiedy nagle zaczynam się śmiać, ot tak, bo wpadłam do wody. Tak, Dystrykt Czwarty namieszał mi w głowie o wiele bardziej niż to przez co przeszłam, myślę sobie. A może to do tej wody coś dolali?
   Słyszę śmiechy i widzę, że Effie i Haymitch również weszli do wody. Annie została z Finnickiem na brzegu, obserwując ich.
   Wykręcam mokre włosy i rzucam Peecie obrażone spojrzenie. Chłopak dotyka moich bioder i szepcze mi do ucha.
- Lepiej ci, gdy jesteś mokra, przynajmniej nie jesteś taka oschła. - wkurzam się i chlapię go wodą. Peeta oczywiście długo nie jest mi winny, po chwili nie ma sensu już znowu wykręcać z moich włosów wody, i tak jest jej więcej i więcej.
   Słona woda działa na mnie pobudzająco, bardziej ożywczo, niż żałoba Dwunastki.
   Na samą myśl stękam, co nie uchodzi uwadze Peety.
- Co się stało? - pyta poważnym tonem.
- Nic, po prostu... Podoba mi się tu - wzruszam ramionami. - Zapominam tu o wszystkim.
- O mnie również? - pyta delikatnie, wciąż nie zbywając poważnego tonu głosu.
- O tobie się nie da zapomnieć - mruczę, a gdy Peeta zbliża się, zaczynam się śmiać. - Bo wszędzie ciebie pełno, głuptasie!

_ _ _

   Kiedy wracamy do naszego pokoju zaraz po zmierzchu, czuję się pełna energii i spokoju, którego nie odczuwałam od bardzo dawna. W moich nozdrzach nadal czuję zapach słonej bryzy i ten zapach pozwala mi nie tylko kontrolować umysł, ale także emocje. Peeta chyba musi wdychać to cały czas, gdy potrafi ot tak nie pokazywać po sobie emocji albo zachować spokój w nerwowych sytuacjach.
   Siedzę na łóżku i rozczesuję włosy, podczas gdy Peeta maluje węglem rysunki w naszym albumie. Obydwoje prowadzimy album, w którym piszemy swoje przeżycia z Igrzysk, Peeta starannie rysuje ilustracje. Sama nie wiem, po co to robimy, ale to uporządkowuje nasze myśli i daje nam zajęcie.
   Myśląc tak nad tym, zauważam, że Peeta łypie po chwilę na mnie i bardzo dobrze znam to rozmarzone spojrzenie. Szybko przeskakuję łóżko i chwytam kartkę, która leży w albumie, pozorując stronę. Widzę na niej siebie, namalowaną tak idealnie, że mam wrażenie, że to czarno-białe zdjęcie z ukrytej kamery. Mam rozmarzone spojrzenie, bujne rzęsy i wyjątkowo długie włosy, sięgające bioder. Ostatnio bardzo urosły.
   Malarz patrzy na mnie obrażonym spojrzeniem.
- Już, napatrzyłaś się? - mruczy pod nosem, wyrywając mi kartkę. Zastanawiam się, ile tak siedział, szkicując mnie. Może kwadrans lub dziesięć minut.
- Coraz lepiej szkicujesz - mówię pod nosem, zszokowana. Peeta znów rozkłada się na granatowym, pikowanym fotelu i tym razem naprawdę zaczyna szkicować w albumie. Kucam obok niego, patrząc mu w oczy. - Gniewasz się?
   Wzdycha. Jego zły nastrój powoli znika, widzę to po ruchu brwi, choć dalej jest skupiony przy tym, co robi.
- Nie potrafię się na ciebie gniewać. - mówi cicho. Kładę głowę na moich rękach opartych o fotel.
- To w takim razie co się stało? Wcześniej miałeś dobry humor... - zaczynam, głaszcząc go po ręce. Peeta przerywa, po czym odwzajemnia dotyk.
   Znowu wzdychając odkłada album i siada na łóżku. Idę za nim krok w krok, chcę się dowiedzieć, o co chodzi.
- Po prostu widziałem ciebie z Finnickiem i... - marszczę brwi.
- Chodzi ci o to, że przypomina ojca, tak? Mnie też to boli.
- Nie, nie to... - Peeta macha ręką. - Finnick byłby z niego dumny i nie chciałby, żeby wszyscy patrzyli na niego przez jego pryzmat.
   Siadam wygodnie, zastanawiając się nad tymi słowami. Tak, nie pomyślałam o tym. Kiedy Mały dorośnie, wszyscy będą wspominali dzieje Finnicka Odaira, jego ojca, który zginął podczas walki z Kapitolem, nie będą myśleli o nim samym. Annie zrobiła błąd, dając mu imię zwycięzcy.
- Więc o co chodzi? - pytam.
Peeta patrzy mi w oczy.
- Po prostu coś zaświtało mi w głowie. Pierwszy raz widziałem ciebie z małym dzieckiem. - dalej nie rozumiałam. A podobno to mężczyznom ciężko się domyślić.
- I co z tego? - mruczę. Mój rozmówca drapie się po głowie, jakby nie wiedział, jak ma to ubrać w słowa.
- Po prostu dostałem takiego olśnienia, wiesz. - przygryza wargę. Nawet nie wie, jak strasznie mnie to wkurza. - Wyobraziłem sobie ciebie z twoim dzieckiem.
   Nagle wstaję z łóżka i kieruję się ku drzwiom. Peeta biegnie ze mną i łapie mnie dosłownie dwa kroki przed progiem. Wygląda na zdziwionego. Patrzę na niego z wyrzutem w oczach.
- Czekaj, co ja takiego powiedziałem?
Odwracam od niego wzrok i zaciskam pięści. Muszę się na czymś wyżyć, bo nie wytrzymam. Peeta zrozumiał i ściska mnie tak, żebym nic sobie nie zrobiła.
- Spokojnie, powiedz mi, o co ci chodzi? Nie chciałem ciebie urazić, przysięgam. - jego głos łagodzi moje nerwy niczym brzmienie harfy.
Oddycham trochę wolniej, więc warczę:
- Peeta, nie chcę mieć dzieci. Nie będę ich mieć. - czuję, że mnie puszcza. Nie potrafię nic wyczytać z jego miny. Jest zbyt dobrym aktorem, ale na pewno to nim w jakiś sposób wstrząsnęło.
Odchrząka, po czym znów zaczyna:
- Ale dlaczego? Widziałem, jak dogadujesz się z Finnickiem. Gadałem o tym z Annie. Finnick jest nieśmiały i nie podchodzi do byle kogo, a co dopiero nawiązuje z nim kontakt. Chyba ma to po niej.
   Wzbiera we mnie rozpacz. Jak mam mu przemówić do rozumu, że po tym, co spotkało Prim nie potrafiłabym czuć się odpowiedzialna za dziecko? Już przechodzą mnie ciarki, gdy pomyślę o opiece nad Finnickiem, a co dopiero, gdybym miała swoje własne dzieci. Za dużo cierpień, nie chcę przekazywać ich dalej, a zresztą nie wiem, jaka będzie sytuacja dziś, jutro, pojutrze. Może w Kapitolu zasiądzie nowy prezydent i znowu zaczną się Igrzyska. Co wtedy? Mam pozwolić mojej córce lub synowi iść?
   Siadam na łóżku ponownie i chowam głowę w dłonie. Gładko rozczesane włosy jeszcze mi w tym pomagają. Peeta obejmuje mnie delikatnie.
- Chyba rozumiem, ale Katniss, może to ci jest potrzebne? Zajęcie. Spróbuj spędzić trochę czasu z Finnickiem, to dobrze ci zrobi - mówi, całując mnie w policzek. Kiwam głową wolno, myśląc nad jego słowami. To będzie trudne zadanie, może trudniejsze niż rozwiązanie węzłów, których nauczył mnie jego ojciec.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz