sobota, 17 stycznia 2015

Kłamstwo

   Siedzę na plaży z Haymitchem, Peeta bawi się z Finnickiem niedaleko. Serce mi rozmięka, gdy widzę jak bardzo zżyli się przez dwa dni. Oczy Peety świecą się wesoło na widok chłopca - ten sam błysk w oku miał dużo wcześniej, przed tym, co razem przeszliśmy. Inaczej również oczy błyszczały mu na mój widok, chyba wiem, czemu.
- Zgaduję, że przyjechałeś tu po coś, nie tylko na wakacje - mówię do Haymitcha pewnym głosem.    Mentor zagląda do pustego kubka po kawie, po czym mruczy:
- Bystry nasz Kosogłos.
   Effie poszła zrobić herbatę i pewnie długo nie wróci, więc od razu przechodzę do rzeczy:
- O co chodzi?
   Haymitch wzdycha. Wygląda dużo schludniej, gdy Effie biega wkoło niego, nie mówiąc już o tym, że został abstynentem.
- Kłamstwo ma krótkie nogi, Katniss. Wiesz, że musimy wyjaśnić Panem wasze wymyślone małżeństwo, rozumiesz? - mruczy. Wiem, o co mu chodzi. Najpierw musieliśmy nakłamać w drodze na Igrzyska, a teraz ludzie mają na mnie patrzeć jak na oszustkę.
- To nie jest dobry pomysł - mówię. - Pomyślą, że maczałam palce w tym, co robił Kapitol - myślę na głos. Haymitch przysuwa się bliżej.
- ...i Kosogłos będzie mniej wiarygodny - dokańcza. - A nam jest to potrzebne, bo ludzie nie są pewni systemu, który im zgotowałaś.
- Ja? - warczę. - Przecież ja zniszczyłam system, który gotowała im Trzynastka!
- Tak - przytakuje Haymitch. - Ale to dzięki tobie mają demokrację, a to w tej chwili nowość. Nie możemy ich zwrócić przeciwko dziełu Kosogłosa, a ludzie nie są głupi, wiedzą, ile ci zawdzięczają.
   Wzdycham. Mam dość kłamania.
- Ale w tej chwili masz wybór. - nagle Haymitch mówi łagodnie. - Możesz próbować im przetłumaczyć wasze kłamstwa, albo spróbować je spełnić.
   Nie rozumiem. Effie idzie w naszą stronę z tacą pełną gorącej herbaty.
- W jaki sposób?
- Możesz poślubić Peetę. - Haymitch macha do Effie z uśmiechem, który pierwszy raz u niego widzę. - A z tego co widzę, nie będzie to u ciebie problem.
  Zerkam na chłopaka, który leży na piasku, trzymając nad sobą małego Finnicka. Syn Odaira śmieje się i macha rączkami. W końcu Peeta stawia go na piasku, a chłopiec waha się i upada delikatnie na pośladki. Były trybut klaszcze w dłonie i śmieje się do niego, jakby jego słowa miały uspokoić malca. Usta Finnicka początkowo wyginają się w grymasie oznaczającym zbliżający się płacz, po czym zaczyna się śmiać i klaskać w rączki razem z Peetą. Uśmiecham się na ich widok. Są przesłodcy.
- No i właśnie o to chodziło - chichocze Haymitch, przypatrując mi się. - Mam nadzieję, że niedługo Peeta będzie się tak bawił ze swoim synem - śmieje się dalej, a mój humor znika. Mam ochotę podrapać go po tej uśmiechniętej twarzy.
- Ja nie będę mieć dzieci - warczę, a Haymitch wydaje się zdziwiony.
- Szkoda, twój narzeczony wygląda na niezłego tatusia - mruczy, a ja wstaję od składanego stolika, przy którym siedzieliśmy i zatrzymuję się kilka milimetrów przed twarzą Haymitcha. Przy okazji przykuwam uwagę zarówno Peety jak i Effie.
- Jeszcze raz coś wspomnisz na ten temat to zetkniesz się przypadkiem z moją strzałą. - warczę mu przed twarzą. Haymitch znów zerka spokojnie do kubka, jakby zapomniał, że jest pusty. Effie stoi obok nas, patrząc na mnie ze strachem.
- Spokojnie, skarbie, - mówi Haymitch, patrząc na Effie, ale zwracając się do mnie. - najpierw uporaj się z małżeństwem tak czy inaczej, potem pogadamy o reszcie.
   Odchodzę z wściekłością, nie patrząc na resztę. Effie wciąga ze świstem powietrze, wiem, o co jej chodzi. Za pewne o brak kultury i moje zachowanie. Mówiąc szczerze, w tym momencie mam to gdzieś.

_ _ _

   Zaraz po przyjściu do ośrodka wchodzę pod kołdrę i zasypiam, pomijając fakt, że jest dopiero szósta wieczorem. Nie mam żadnych koszmarów, pomimo tego, że nie ma przy mnie Peety.
   Gdy buzę się późno w nocy, zauważam, że śpi obok mnie, zupełnie nieprzytomny. Finnick go wykończył. Włączam lampkę i obracam się do niego.
   Peeta śpi spokojnie, jego klatka unosi się i opada bardzo wolno, że czasem mam wrażenie, że przestaje oddychać. Nigdy nie obserwowałam go śpiącego. A wygląda wtedy jeszcze bardziej miło i ciepło, niż kiedy jest przytomny i uśmiecha się tym swoim dobrotliwym uśmiechem, który wzbudza zaufanie. Leżę tak, przyglądając mu się kwadrans, może więcej, nie potrafię liczyć czasu bez zegarka, a nie chce mi się go szukać. Zaczynam zapamiętywać jego idealne rysy, mocną szczękę i cienkie rzęsy.
   Zastanawiam się nad słowami Haymitcha. Peeta naprawdę lgnął do dzieci. Sama widziałam, jakie ma do nich podejście. Może, jeśli chce stworzyć prawdziwą rodzinę, powinnam go opuścić? Przy mnie nie znajdzie tego, czego szuka, a ja chcę, żeby był szczęśliwy.
   Sama nie wiem, kiedy zaczęłam go głaskać po policzku. Czuję ciepło jego skóry i drżenie rozchodzące się po niej pod moim dotykiem. Byłam ciekawa, czy wie, że to ja. Wygląda tak niewinnie. Mam ochotę się roześmiać, ale nie robię tego, dalej go głaszcząc. W końcu zahaczam kciukiem o jego dolną wargę. Zamiast przestać, ja pochylam się i całuję go jak małe dziecko, którego nigdy mieć nie będę.
   Kąciki ust Peety nagle podnoszą się do góry.
- Nie przestawaj, to przyjemne - szepcze, a ja śmieję się.
- Już po zabawie? - podnosi lekko powieki i mruga nimi, przyzwyczajając się do światła.
- Z Finnickiem? Tak, jest niesamowity, prawda? - opiera się na łokciu, by mnie lepiej widzieć. Przypominam sobie słowa Haymitcha, ale chyba na mojej twarzy pojawił się przez to grymas, bo Peeta szybko pyta:
- O co chodziło z Haymitchem? W pewnym momencie myślałem, że mu coś zrobisz. - jego ciepły kolor oczu wpaja we mnie błogi spokój.
   Wzdycham. Nie chcę o tym rozmawiać, ale Peeta i tak wcześniej czy później musi się o tym dowiedzieć.
- Mówił, że kłamstwa Kapitolu trzeba wymazać. Mówił o naszym małżeństwie. Mamy dwa wyjścia: możemy próbować przekonywać całe Panem, że to Igrzyska zmusiły nas do kłamstwa, albo...
- Albo naprawdę wziąć ślub - dokańcza za mnie Peeta z błyskiem w oku. - Rozumiem.
- Peeta, ja... - sama nie wiem, co mam mu powiedzieć, nie chciałam z nim o tym rozmawiać. Mógł z nim porozmawiać Haymitch, ale ja postanowiłam sama mu o tym powiedzieć. - Ja wiem, że chcesz mieć rodzinę, dzieci, ale ja wcale nie. Ja nie chcę, żebyś był przeze mnie nieszczęśliwy - łzy powoli zbierają mi się do oczu. Zdaję sobie sprawę, że nie chcę żeby odszedł. Nie wiem, co by się wtedy ze mną stało. Nie zamieszkam z mamą, bo będzie przypominała mi o Prim, Haymitch i Effie... nawet nie próbuję im przeszkadzać, a Annie przyda się ojciec dla Finnicka, nie wredna ciotka. Tak naprawdę nie miałam nikogo, poza Peetą... oprócz jednej osoby, której nie chciałam widzieć.
   Peeta łapie delikatnie mój podbródek i kieruję moją twarz tak, żebym patrzyła mu w oczy. Sam nerwowym wzrokiem spogląda mi w oczy, jakby szukając odpowiednich słów.
- Katniss, ja chcę ciebie. - mówi cicho. Mrugam oczami, do których zachodzą mi łzy. - Wiesz o tym bardzo dobrze. Gdybyś chciała wziąć ślub ze mną to nawet teraz na plaży mógłbym to zrobić.
   Przytulam się do niego mocno. Moje policzki są wilgotne od łez. Potrafię wyszeptać tylko jedno słowo:
- Chcę.

wtorek, 13 stycznia 2015

Muszle

   Ledwie wysłaliśmy telegram do Effie, dostaliśmy od niej odpowiedź - byli właśnie w drodze do Dystryktu Czwartego. Peeta pojechał z Annie, żeby ich zabrać ze stacji.
   Ja siedziałam na plaży razem z małym Finnickiem, boleśnie uświadamiając sobie, jak bardzo przypomina swojego ojca. Żal mi było tych wszystkich rozmów z moim przyjacielem, gdy pomagał mi uporać się z moim załamaniem. W Dystrykcie Trzynastym dużo rozmawialiśmy, on był... inny niż wszyscy. Bardziej współczujący. A Kapitol i tak zrobił z niego zabawkę...
   Patrzę się na morze tak intensywnie, że niemal straciłam z oczu chłopca. Przychodzi do mnie i podaje mi okrągłą muszlę. Przyjmuję ją bez wahania. Już umie chodzić, jest taki duży.
   Nigdy nie miałam podejścia do dzieci, ja ich nawet nie lubiłam. Annie nie miała z kim zostawić synka, a Peeta nalegał, żebym spędziła dzień nad wodą. Tak też zostałam niańką na okres próbny.
   Finnick patrzy mi w oczy. Jego własne mają kolor morza, po ojcu.
- Muss-la! - woła. Uśmiecham się przez łzy.
- Ty nawet nie poznałeś taty, prawda? - chłopiec grzebie w piasku, poszukując zgubisk morza. Nagle znajduje drugą muszlę i kładzie mi na nodze. Nie strzepuję jej, jestem ciekawa, co on robi. Kładzie tak następną i następną, aż w końcu cała moja noga leży przykryta piaskiem i pojedynczymi muszelkami. - Chcesz mnie zakryć? - pytam. Śmieszy mnie zachowanie małego. Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć. W końcu Finnick podskakuje i cieszy się, klaszcząc w grubiutkie rączki. Patrzy na mnie, po czym podbiega i przytula się.
   Jestem tak zszokowana tym gestem, że nie wiem, co mam zrobić. W końcu obejmuję go delikatnie, uśmiechając się pod nosem. Chłopiec odblokował we mnie coś, co blokowałam od odejścia Prim. Troskę, opiekę, odpowiedzialność. Zastanawiam się, czy Mały nie będzie źródłem moich wspomnień na temat siostry, ale nie odpycham go, cieszę się, że jest, Finnick też by się cieszył.
- Mama! - woła Finnick i leci do Annie. Zauważam, że jego mama jest w kostiumie kąpielowym i ma rozpuszczone, rude włosy na ramionach. Jak zwykle na jej widok jest mi potem głupio spojrzeć w lustro, jest taka piękna. Za nią stąpa Peeta w samych spodniach, zapewne miał zamiar się kąpać. Czuję lekki dreszcz na jego widok. Zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie widziałam go bez koszulki. Przygryzam wargę i odwracam szybko wzrok, zdając sobie sprawę, że podoba mi się jego widok. Dlaczego właściwie to robię? Obracam się znów i widzę za Peetą i Annie dalej, niemal jeszcze w naszym ośrodku, Effie w różowym kostiumie... Chwila, jest bez makijażu. I w dodatku z rozpuszczonymi jej naturalnymi blond włosami. Spoglądam na nią z szokiem, co zauważa Peeta i Haymitch i obaj wybuchają śmiechem.
- Wy wiecie, że mieliście odebrać Effie ze stacji, nie? - zwracam się do nich.
Effie ignoruje to i rzuca mi się na szyję niemal tak jak Mały, tyle że Effie jest jednak nieco starsza.
- Witam Katniss, wyglądasz tak... kobieco - rzuca w stronę Peety ukradkowe spojrzenie
- Znaczy, jak? - uśmiecham się.
- Och, jesteś cudowna skarbie, promieniejesz - tłumaczy, ściskając mnie dalej. A co ja mogę powiedzieć o niej? Po raz pierwszy widzę tę istotę. Znaczy, Effie razem ze swoją warstwą pudru i licznymi perukami wyglądała na dużo starszą niż z odżywioną cerą, świecącymi oczami i rozpuszczonymi włosami o kolorze promieni słonecznych. Zauważam dyskretnie, że Haymitch cały czas na nią zerka.
- I kto to mówi, Effie - mówię skromnie. Nigdy nie potrafiłam sprawiać nikomu komplementów, także i tym razem.
   Haymitch jest bardziej powściągliwy, po prostu rzuca mi uśmiech i mówi:
- Dobrze widzieć, że nasz Kosogłos dalej walczy.
- Walczy? - pytam. - Walka już się skończyła. - Haymitch kiwa głową, ale jakby z pobłażaniem. Zastanawia mnie to spojrzenie.
   Effie zaczyna rozmowę z Annie na temat kobiet w Dystryktach i ich ciężkiej pracy, dziwne, bo Effie zawsze umiała mówić jedynie o wyglądzie. Mówi o biedzie tam panującej i o tym, jak ciężko to przeżyła. W dodatku nasłuchałam się też, jakie zmiany zostały wprowadzone w polityce Dystryktu, a raczej przywódcami, którzy zasiadali w rządzie.
   Od czasu sytuacji z Coin, Plutarch, Haymitch i wielu innych starszych z Trzynastki postanowili nie dopuścić do takiego stanu. Utworzyli rząd, w którym z każdego Dystryktu jest wybieranych pięciu reprezentantów, którzy mieli wgląd do wszystkich spraw w państwie. Kapitol zmienił się w Dystrykt Czternasty, co było kompletnym szokiem dla wielu mieszkańców. Dalej zapewniał rozrywkę w Panem, ale na jasno wydzielonych warunkach. Zero krwi, śmierci, morderstw. Już nigdy nikt nie wspomni o Igrzyskach, o straconych dzieciach, poległych krewnych.
Słucham tak w napięciu, aż w końcu Peeta bierze mnie za rękę i odciąga na bok. Zastanawiam się, po co to robi.
- Pływasz ze mną? - pyta z nieśmiałym uśmieszkiem. Co prawda mam na sobie strój, a dokładniej zaraz pod lnianą koszulką i krótkimi spodenkami, ale nie chcę maczać się w zimnej wodzie, o nie.
Kręcę głową z uśmiechem, ale Peeta rzuca mi chytre spojrzenie.
- Cóż, próbowałem grzecznie - mruczy, po czym bierze mnie błyskawicznie na ręce i kieruje się w stronę fal.
- Niee, Peeta, stój, nie chcę! - wrzeszczę i szarpię się, ale on tylko się śmieje, tak samo jak reszta, która przerwała rozmowę.
Patrzę mu w oczy wrogo, ale nie mogę oprzeć się przyjemności dotyku jego gorącej, opalonej skóry torsu. Zaczynam się powoli staczać przez te całe myśli, nigdy nie myślałam tak o Peecie. Zawsze był dla mnie kimś, w rodzaju powiernika tajemnicy odnośnie prawdziwych intencji Igrzysk i ich funkcjonowania, tego co działo się na arenie. Po raz pierwszy zaczynałam patrzeć na niego jak na mężczyznę.
- Dalej wierzgasz? - pyta chichocząc. Woda sięga mu do pasa, wystarczyłoby żeby mnie teraz puścił, ale teraz to ja do niego przywarłam, chcąc uniknąć kontaktu z zimną wodą.
- Peeta, proszę - mruczę, ale nagle on przytula mnie bardziej i skacze razem ze mną do wody. Obydwoje zostajemy zalani przez ciepłą wodę od stóp aż po czubek głowy, chwytam jego ramion i wypływam na powierzchnię.
   Peeta wypływa zaraz po mnie, otrzepując wodę z blond włosów. Jestem wściekła, kiedy nagle zaczynam się śmiać, ot tak, bo wpadłam do wody. Tak, Dystrykt Czwarty namieszał mi w głowie o wiele bardziej niż to przez co przeszłam, myślę sobie. A może to do tej wody coś dolali?
   Słyszę śmiechy i widzę, że Effie i Haymitch również weszli do wody. Annie została z Finnickiem na brzegu, obserwując ich.
   Wykręcam mokre włosy i rzucam Peecie obrażone spojrzenie. Chłopak dotyka moich bioder i szepcze mi do ucha.
- Lepiej ci, gdy jesteś mokra, przynajmniej nie jesteś taka oschła. - wkurzam się i chlapię go wodą. Peeta oczywiście długo nie jest mi winny, po chwili nie ma sensu już znowu wykręcać z moich włosów wody, i tak jest jej więcej i więcej.
   Słona woda działa na mnie pobudzająco, bardziej ożywczo, niż żałoba Dwunastki.
   Na samą myśl stękam, co nie uchodzi uwadze Peety.
- Co się stało? - pyta poważnym tonem.
- Nic, po prostu... Podoba mi się tu - wzruszam ramionami. - Zapominam tu o wszystkim.
- O mnie również? - pyta delikatnie, wciąż nie zbywając poważnego tonu głosu.
- O tobie się nie da zapomnieć - mruczę, a gdy Peeta zbliża się, zaczynam się śmiać. - Bo wszędzie ciebie pełno, głuptasie!

_ _ _

   Kiedy wracamy do naszego pokoju zaraz po zmierzchu, czuję się pełna energii i spokoju, którego nie odczuwałam od bardzo dawna. W moich nozdrzach nadal czuję zapach słonej bryzy i ten zapach pozwala mi nie tylko kontrolować umysł, ale także emocje. Peeta chyba musi wdychać to cały czas, gdy potrafi ot tak nie pokazywać po sobie emocji albo zachować spokój w nerwowych sytuacjach.
   Siedzę na łóżku i rozczesuję włosy, podczas gdy Peeta maluje węglem rysunki w naszym albumie. Obydwoje prowadzimy album, w którym piszemy swoje przeżycia z Igrzysk, Peeta starannie rysuje ilustracje. Sama nie wiem, po co to robimy, ale to uporządkowuje nasze myśli i daje nam zajęcie.
   Myśląc tak nad tym, zauważam, że Peeta łypie po chwilę na mnie i bardzo dobrze znam to rozmarzone spojrzenie. Szybko przeskakuję łóżko i chwytam kartkę, która leży w albumie, pozorując stronę. Widzę na niej siebie, namalowaną tak idealnie, że mam wrażenie, że to czarno-białe zdjęcie z ukrytej kamery. Mam rozmarzone spojrzenie, bujne rzęsy i wyjątkowo długie włosy, sięgające bioder. Ostatnio bardzo urosły.
   Malarz patrzy na mnie obrażonym spojrzeniem.
- Już, napatrzyłaś się? - mruczy pod nosem, wyrywając mi kartkę. Zastanawiam się, ile tak siedział, szkicując mnie. Może kwadrans lub dziesięć minut.
- Coraz lepiej szkicujesz - mówię pod nosem, zszokowana. Peeta znów rozkłada się na granatowym, pikowanym fotelu i tym razem naprawdę zaczyna szkicować w albumie. Kucam obok niego, patrząc mu w oczy. - Gniewasz się?
   Wzdycha. Jego zły nastrój powoli znika, widzę to po ruchu brwi, choć dalej jest skupiony przy tym, co robi.
- Nie potrafię się na ciebie gniewać. - mówi cicho. Kładę głowę na moich rękach opartych o fotel.
- To w takim razie co się stało? Wcześniej miałeś dobry humor... - zaczynam, głaszcząc go po ręce. Peeta przerywa, po czym odwzajemnia dotyk.
   Znowu wzdychając odkłada album i siada na łóżku. Idę za nim krok w krok, chcę się dowiedzieć, o co chodzi.
- Po prostu widziałem ciebie z Finnickiem i... - marszczę brwi.
- Chodzi ci o to, że przypomina ojca, tak? Mnie też to boli.
- Nie, nie to... - Peeta macha ręką. - Finnick byłby z niego dumny i nie chciałby, żeby wszyscy patrzyli na niego przez jego pryzmat.
   Siadam wygodnie, zastanawiając się nad tymi słowami. Tak, nie pomyślałam o tym. Kiedy Mały dorośnie, wszyscy będą wspominali dzieje Finnicka Odaira, jego ojca, który zginął podczas walki z Kapitolem, nie będą myśleli o nim samym. Annie zrobiła błąd, dając mu imię zwycięzcy.
- Więc o co chodzi? - pytam.
Peeta patrzy mi w oczy.
- Po prostu coś zaświtało mi w głowie. Pierwszy raz widziałem ciebie z małym dzieckiem. - dalej nie rozumiałam. A podobno to mężczyznom ciężko się domyślić.
- I co z tego? - mruczę. Mój rozmówca drapie się po głowie, jakby nie wiedział, jak ma to ubrać w słowa.
- Po prostu dostałem takiego olśnienia, wiesz. - przygryza wargę. Nawet nie wie, jak strasznie mnie to wkurza. - Wyobraziłem sobie ciebie z twoim dzieckiem.
   Nagle wstaję z łóżka i kieruję się ku drzwiom. Peeta biegnie ze mną i łapie mnie dosłownie dwa kroki przed progiem. Wygląda na zdziwionego. Patrzę na niego z wyrzutem w oczach.
- Czekaj, co ja takiego powiedziałem?
Odwracam od niego wzrok i zaciskam pięści. Muszę się na czymś wyżyć, bo nie wytrzymam. Peeta zrozumiał i ściska mnie tak, żebym nic sobie nie zrobiła.
- Spokojnie, powiedz mi, o co ci chodzi? Nie chciałem ciebie urazić, przysięgam. - jego głos łagodzi moje nerwy niczym brzmienie harfy.
Oddycham trochę wolniej, więc warczę:
- Peeta, nie chcę mieć dzieci. Nie będę ich mieć. - czuję, że mnie puszcza. Nie potrafię nic wyczytać z jego miny. Jest zbyt dobrym aktorem, ale na pewno to nim w jakiś sposób wstrząsnęło.
Odchrząka, po czym znów zaczyna:
- Ale dlaczego? Widziałem, jak dogadujesz się z Finnickiem. Gadałem o tym z Annie. Finnick jest nieśmiały i nie podchodzi do byle kogo, a co dopiero nawiązuje z nim kontakt. Chyba ma to po niej.
   Wzbiera we mnie rozpacz. Jak mam mu przemówić do rozumu, że po tym, co spotkało Prim nie potrafiłabym czuć się odpowiedzialna za dziecko? Już przechodzą mnie ciarki, gdy pomyślę o opiece nad Finnickiem, a co dopiero, gdybym miała swoje własne dzieci. Za dużo cierpień, nie chcę przekazywać ich dalej, a zresztą nie wiem, jaka będzie sytuacja dziś, jutro, pojutrze. Może w Kapitolu zasiądzie nowy prezydent i znowu zaczną się Igrzyska. Co wtedy? Mam pozwolić mojej córce lub synowi iść?
   Siadam na łóżku ponownie i chowam głowę w dłonie. Gładko rozczesane włosy jeszcze mi w tym pomagają. Peeta obejmuje mnie delikatnie.
- Chyba rozumiem, ale Katniss, może to ci jest potrzebne? Zajęcie. Spróbuj spędzić trochę czasu z Finnickiem, to dobrze ci zrobi - mówi, całując mnie w policzek. Kiwam głową wolno, myśląc nad jego słowami. To będzie trudne zadanie, może trudniejsze niż rozwiązanie węzłów, których nauczył mnie jego ojciec.




niedziela, 11 stycznia 2015

Wyrzuty sumienia

   Przyjechaliśmy do Dystryktu Piątego po trzech godzinach - naprawdę dobry czas, choć koleje nadal jeszcze nie były w pełni odnowione. Dotarliśmy do jakiegoś nadmorskiego ośrodka, z którego okien widzieliśmy, jak morskie fale rozbijają się o brzeg. Już z tym widokiem poczułam się nieco lepiej. Nie wiem, czy te wakacje to dobry pomysł, w końcu, kiedy my będziemy wypoczywać, całe Panem będzie pracowało nad odbudową po wojnie. Wiedziałam, że pracowity Peeta będzie gryzł się z tą myślą cały urlop. Spróbowałam więc zastąpić nazwę "wakacje" na "odwiedziny Annie", co również mieliśmy w planach.
   W samym ośrodku poprosiliśmy o wspólny pokój, przecież nie mogłabym znieść myśli, że musiałabym odganiać moje koszmary sama. Potrzebowałam Peety przy sobie. Być może byłoby to egoistyczne myślenie, gdyby nie to, że Peeta też sypiał lepiej przy mnie. Tak czy inaczej weszliśmy do naszego wspólnego pokoju z wielkim łóżkiem pośrodku z dwiema większymi walizkami w dłoniach. Położyłam moją obok łóżka. Całą drogę wykłócałam się z Peetą, który chciał mi pomóc ją nieść. Wyglądam aż tak słabo?
   Pomimo że podróż trwała krótko to gdy przyjechaliśmy, słońce już zaszło i nawet nie mieliśmy czego zwiedzić. Mieliśmy za to cały jutrzejszy dzień na obejrzenie Dystryktu z bliska i spotkanie z Annie.
   Peeta położył się na łóżku. Widać było po nim zmęczenie, nic dziwnego, przez ostatnie kilka dni wychodził ranem, a wracał wieczorami cały umorusany ziemią i potem. Obiecał mi, że nie będzie pomagał przy odnawianiu starej kopalni, ale pomoże robotnikom w usuwaniu zawalonych budynków w centrum Dystryktu. To on potrzebował prawdziwych wakacji, nie ja.
   Kucam obok Peety, głaszcząc jego blond włosy. Patrzy na mnie z czułością.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że spędzę z tobą trochę czasu - szepcze. Uśmiecham się do niego lekko.
- Nie wiedziałam, że spędzanie czasu z Kosogłosem jest dla ciebie takie cenne. - obydwoje uśmiechamy się do siebie.
- Dla każdego jest - mówi, patrząc na sufit. Po raz pierwszy od dawna mieliśmy ciszę, nie licząc szumu fal. - Tyle, że ja mam takie szczęście.
- Och, ty - zgrzytam z udawaną złością i próbuję go zrzucić z łóżka. Peeta w ostatniej chwili łapie moją nogę, która twardo podtrzymuje mnie na łóżku, muskając moje udo. Siłujemy się chwilę, po czym padam unieruchomiona na łóżko, wściekając się na roześmianego Peetę.
- Puść mnie - krzyczę, choć moje usta uśmiechają się.
- Najpierw mnie ładnie przeprosisz - mówi Peeta, niczym dobry ojciec. Dziwne, nigdy nie wyobrażałam sobie jego w takiej roli.
Prycham tylko i wiercę się jeszcze bardziej.
- Od kiedy Kosogłos przeprasza? - nagle całuje mnie, uciszając zarówno mój gniewny ton, jak rozwścieczone ruchy.
   Kurczę, zawsze kiedy to robi, nie mogę się od niego odkleić, za to rozkręcam się coraz bardziej. W końcu Peeta odpuszcza i kończy pocałunek, po czym szepcze mi do ucha.
- Zawsze, kiedy czuje się winny - naprawdę nie wiem, o co mu chodzi, ale jego spojrzenie przez ułamek sekundy jest tak bolesne, że aż mnie zatkało. Przypomniałam sobie o Gale'u i to, że faktycznie mam coś na sumieniu. Nie byłam do końca w porządku w stosunku do Peety i teraz to wiem, tak samo jak w stosunku do Gale'a. Wybieram Peetę i nie odpuszczam. Co by się nie stało, nie wrócę do myśli o Gale'u.

Obietnice

   Posprzątaliśmy z Peetą całe podwórko, nie mówiąc już o domu, zarówno naszym, znaczy tak szczerze moim, oraz domu Haymitcha. Myślę, że albo on, albo my przenocujemy Effie, raczej nie będzie chciała spać sama w obskórnym, samotnym domu Peety.
   W ciągu tych kilku dni mało rozmawialiśmy ze sobą. Sama nie wiem, dlaczego. Mną wstrząsnął fakt, że Peeta pamięta choć część przeszłości, szczerze mówiąc, wolałabym gdyby nie pamiętał, to byłoby lepsze dla jego psychiki. Igrzyska zniszczyły mnie, tak, Coin miała rację. Nie chcę, żeby to samo działo się z Peetą, a jeśli pamięta moment z chlebem, dlaczego nie mógłby przypomnieć sobie reszty straszliwych wspomnień z areny? Aż strach pomyśleć...
   Stoję w kuchni i myślę nad tym, kiedy słyszę dziwny dźwięk. Wychodzę do ogrodu i zauważam Peetę pracującego przy moim ogrodzie. Doskonale wie, że pozwoliłabym mu na to. I tak się nim nie zajmuję. Widzę go kucającego przy małym krzaku i klepiącego ziemię z czułością. Zastanawiam się, co zasadził pod moimi oknami, niedaleko pęków prymulek.
- Co robisz? - zapytałam, przyglądając się owocowi jego pracy.
Peeta dopiero zauważył mnie i wstał.
- Chciałem trochę orzeźwić to miejsce, wiesz... Jeśli odbudowują Dystrykt Trzeci, nasz też powinien jakoś schludnie wyglądać. - przytakuję głową.
Chłopak wzdycha.
- Nająłem się do pracy przy kopalni. Myślę, że to nasza wspólna sprawa, wiesz, odbudowa Dystryktu. - mówi dalej a ja patrzę na niego ze strachem.
- Nie pójdziesz tam. - rozkazuję.
Peeta nie rozumie.
- Niby czemu?
- Nie puszczę cię tam, zrozumiałeś?! - warczę i wracam do domu. Zostawiam go oszołomionego w moim ogrodzie, trzaskając za sobą drzwi. Chwilę potem, opierając się o nie, ześlizguję się i zaczynam płakać. Przypomina mi się twarz ojca, ten wybuch, gdy zatrzęsła się ziemia, przypominam sobie płacz Prim i szlochy matki, nasza walkę o przetrwanie.
   Cała drżę, nie chcę, by Peeta tu wchodził, więc dalej siedzę skulona pod drzwiami. Nigdy do tego nie wrócimy, Katniss, nigdy - dźwięczy mi w głowie jego spokojny głos.

_ _ _

- Katniss, możesz mi powiedzieć, co się dzieje? - Peeta zagląda do mojej sypialni, a ja po prostu leżę na łóżku z położonym na sercu zdjęciem taty. Łzy ciekną mi poziomą linią po twarzy, jako że leżę na boku. Mój głos przechodzi w szloch, który staram się uciszać, na każdym kroku. Zwłaszcza, kiedy w progu stoi Peeta.
   Wzdycha zrezygnowany i siada obok mnie i głaszcze mnie po głowie. Siadam i patrzę do niego, a po chwili nie wytrzymuję i ląduję w jego ramionach. Tama się przełamuje i zaczynam szlochać. Chłopak nie mówi nic, tylko głaszcze mnie po głowie i tuli mocno.
   Siedzimy tak jakąś godzinę, a gdy ja czuję się już trochę lepiej, pyta ponownie:
- Powiesz mi, czemu mam nie iść do kopalni? - mówi spokojnie, chcąc się uspokoić, ale ja wyczuwam w tym głosie odrobinę żalu, że nie pozwalam mu odnowić skarbu naszego Dystryktu.
   Patrzę w jego ciepłe oczy, jakbym miała ten widok zapamiętać.
- Bo to jest miejsce, w którym zginął mój ojciec - szepczę. Wiem, że mu to mówiłam, ale jeszcze przed osaczeniem. Na pewno tego nie pamiętał. Mruży oczy.
- Podczas wybuchu, zgadza się? - jestem zdziwiona, że tak szybko załapał, ale ignoruję to, gdy zalewa mnie nowa fala bólu. Nie chcę czuć już niczego, chcę po prostu odejść, zostawiając pamięć o Kosogłosie pokoleniom, które będą żyły w wolności i nie będą pamiętać wojny i biedy Dystryktów.
   Przytulam się do niego ponownie.
- Sądzisz, że mogłoby mi się coś tam stać? - pyta cicho. Kiwam głową. Nie mogę wydusić słowa "tak". Za tą kopalnią kryje się wiele nieszczęść, nie mogę ot tak pozwolić, żeby się mnożyły.
- Martwię się o ciebie... - szepczę, nie wiedząc, czy nawet usłyszy. To bardziej było potwierdzenie dla mnie, niż słowa skierowane do niego.
- Nie musisz, nie jestem małym chłopcem - czułam, że uśmiecha się słabo. - Zresztą powinnaś zacząć martwić się o swój stan zdrowia. Jest z tobą coraz gorzej - mówi poważnie.
- Wiem, jestem coraz słabsza.
- Nie dziwię ci się - Peeta patrzy w moje oczy badawczo. - Wiem, co ci pomoże. Wyślemy telegram do Dystryktu Trzeciego, a sami pojedziemy do Czwartego. Morskie powietrze dobrze ci zrobi.
   Wzdycham. Będzie mi przypominać o Finnicku, podpowiedziała mi moja podświadomość. To tak, jakbym pojechała do Jedenastki i wszystko wołałoby "Rue".
- Dobrze, ale napiszesz Effie, żeby przyjechali do nas, do Czwórki. Chcę ich zobaczyć jak najszybciej i oszczędzić Effie pracy z ludźmi z Trójki - Peeta śmieje się.
- Nie martw się, wszystko się ułoży, obiecuję. - wzdycham ponownie.
- Coś dużo tych twoich obietnic - mówię słabym głosem, Peeta słucha uważnie. Zastanawiam się, co jest takiego w jego wzroku, że mnie tak magnetyzuje.
- Dotrzymuję wszystkich złożonych obietnic - mówi bez cienia uśmiechu. Całuję go delikatnie.
- Obiecaj po prostu, że będziesz przy mnie - szepczę, gdy odrywam się od jego miękkich ust.
- Zawsze.

sobota, 10 stycznia 2015

List od Effie



   Spędziłam całe trzy dni razem z Peetą. Nie chciałam opuszczać go nawet na krok, czułam, że nasze relacje brną dalej, niż mogłabym to sobie wyobrazić. Stał się kimś więcej, niż tylko wspomnieniem, przyjacielem, czy pocieszycielem. Stawał się źródłem mojego sensu życia. Straciłam każdego, na kim mogło mi kiedyś zależeć. Dostawałam jedynie listy od mamy, która zaszyła się w Dystrykcie Czwartym i pomaga tam w budowie szpitala.
   Zapamiętam na zawsze tę budowlę, dobrze, że mama tam jest i dba o jego odbudowę.
   Trzeciego dnia od moich koszmarów, bo śpiąc z Peetą nie miałam już z nimi problemów, przyszedł list, zaadresowany zarówno do mnie, jak i Peety. Wystarczyło spojrzeć na kopertę, żeby poznać, że jest od Effie. Bladoróżowa kartka, przepleciona srebrnymi nićmi.
   Otworzyliśmy ze zdenerwowaniem, nie mogąc doczekać się słów przyjaciółki, a Peeta zaczął czytać na głos:

Drodzy Katniss i Peeto,
   Jestem z Haymitchem w Dystrykcie Trzecim, gdzie pomagamy przy odbudowie kolei. Wiem, pewnie nie wyobrażacie sobie, że mogłabym upaprać sobie dłonie, ale muszę wam przyznać, że bardzo się staram. Wokół pełno błota i piachu, nie ma kolorowych sukni, ale widzę jak ludzie pomagają sobie wzajemnie i muszę powiedzieć, że zaczyna mi się to podobać.
   Jeden z robotników przygląda mi się dziwnie, jakbym miała źle ułożone włosy, zaczyna mnie to wkurzać, bo w końcu to, że jestem z Kapitolu, nie znaczy, że nie potrafię komuś pomóc, nawet przy takich robotach. Szczyt arogancji, naprawdę…


-Typowa Effie – kwituje Peeta, zatrzymując się. Chichoczę cicho i słucham dalej, gdy Peeta kontynuuje:

   Widziałam ten Dystrykt już wcześniej i słowo daję, że wygląda lepiej. Nawet ludzie są częściej uśmiechnięci, szkoda tylko, że nie na mój widok. Choćbym nie wiem jak się starała, traktują mnie tu podle. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni, bo kończymy ostatni fragment, a Haymitch marzy o urlopie w Dystrykcie Dwunastym. Słyszałam, że tam również się zmieniło, chciałabym to zobaczyć na własne oczy.
   Pozdrawiam i całuję, zarówno ja i Haymitch,
Wasza droga Effie.


- Miło z ich strony, że chcą przyjechać – mówię z uśmiechem. Peeta kiwa głową i chowa list.
- A my musimy się jakoś przygotować – obejmuje mnie ramieniem, jak pary na pierwszej randce w tandetnym romansiku.
- Co masz na myśli? – marszczę brwi, po czym zerkam do kuchni i widząc nieład kiwam głową ze zrozumieniem. – Co poradzę, uwielbiam naleśniki. – burczę, przenosząc wzrok na patelnie stojące na podłodze.
   Peeta śmieje się. Jego śmiech zawsze poprawiał mi humor, a teraz, gdy śmieje się rzadziej, ja bardziej cieszę się z jego radości.
- Oj, w takim razie od dziś smażysz je sobie sama.
   Rzucam mu spojrzenie dziecka, któremu odebrano lizak. Mam dzisiaj wyjątkowo dobry humor, tym bardziej, po liście Effie. Może plan mój i Peety odnośnie dobrych wspomnień naprawdę ma sens i nawet zaczyna się sprawdzać?
   Przybliżam się do chłopaka i trzepoczę rzęsami. Staram się, żeby wyglądało to uroczo.
- Ale ja lubię tylko twoje naleśniki – mówię ze smutkiem w głosie. Peeta znów uśmiecha się, po czym zaczyna mnie łaskotać. Nie robi to na mnie większego wrażenia, za to mój kontratak dał mu się we znaki i w końcu ogłuszony irytującym uczuciem, spada z kanapy.
- Dobrze, już, spokojnie – chichocze z podłogi, podczas gdy ja wygodnie siedzę na kanapie i zabierem od niego ręce. – Aż zaczynam żałować, że rzuciłem ci ten chleb.
   Staję jak wryta. Pamiętam dokładnie każde słowo, które mówiłam mu na temat naszych relacji i życia sprzed wylosowania nas do Igrzysk. Nie wspominałam mu o sytuacji z chlebem, tylko i wyłącznie dlatego, że i ja sama wolałam nie pamiętać tego, jak przymierałam głodem. Po raz pierwszy odkryłam, że Peeta przypomina sobie pewne wydarzenia.
- Pamiętasz to? – pytam w szoku. Chłopak wstaje, otrzepuje się i siada spokojnie obok mnie, podczas gdy ja zaczynam się trząść z podekscytowania.
- Tak, chyba tak - wzrusza ramionami. - Dziwi cię to?
   Zamykam moje szeroko otwarte usta ze zdziwienia.
- Peeta, ty sobie przypominasz... - zaczynam, ale nie wiem jak to nazwać. Przypominasz sobie wspomnienia związane ze mną?
- ... ciebie - kończy Peeta. - Tak, chyba tak.
- Ale jak to? Przecież nic nie pamiętałeś - nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam, kiedy myślał, że jestem zmiechem i chciał mnie zabić. Co się zmieniło od tego czasu?
- Nie mam pojęcia, po prostu pamiętam ciebie w deszczu, taką przemarzniętą i głodną. I pamiętam też, że specjalnie spaliłem ten chleb. Dziękowałaś mi za to podczas Igrzysk, prawda? - miał zmrużone oczy, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. Zdaję sobie sprawę, że musi być to dla niego niezwykle trudne. Po tylu torturach jadem os myślałam, że całkiem zapomniał o tym, co działo się między nami. Teraz nabieram pewności, że jego pamięć odtworzy się z czasem.
- Pamiętasz coś jeszcze? - pytam cicho.
Peeta marszczy brwi, po chwili zaprzecza ruchem głowy.
- Nic więcej - odpowiada krótko.
Trzymam jego dłoń, próbując dodać mu otuchy.
- Przypomnisz sobie - staram się brzmieć przekonująco, ale nigdy nie byłam dobrym mówcą, w przeciwieństwie do niego. Peeta uśmiecha się do mnie. Po raz pierwszy czuję na ciele ciarki, takie, jakie czułam przy Gale'u. Wiązało mnie coś silnego z Gale'm, czego wcześniej nie czułam przy Peecie. Dlatego odpychałam go od siebie - nie chciałam go ranić. Teraz wszystko się zmieniło. Czuję, że zakochuję się w Peecie bardziej niż kiedykolwiek,że niewiele potrafi nas rozdzielić, a może z czasem nawet nic.

czwartek, 8 stycznia 2015

Dobre wspomnienia

   Uchylam lekko oczy, razi mnie światło dnia. Zauważam, że leżę sama, Peety nie ma obok mnie. Rozglądam się, ale nie widzę go nigdzie.
   Zarzucam na siebie szlafrok i schodzę po schodach w dół, cały czas szukając przyjaciela. Przypominam sobie chwilę, kiedy drżałam o jego życie, kiedy tęskniłam za każdą spędzoną z nim minutą. Kapitol znów wtargnął w mój umysł, pomyślałam, wpadając do kuchni.
   Nagle przystaję oszołomiona, choć w głowie dalej mi huczy. Peeta stoi jak gdyby nigdy nic w mojej kuchni, trzymając w dłoni dzbanek z parująca kawą. Mało go nie upuścił, widząc moją panikę, ale odetchnął powoli.
- Dzień dobry - powiedział z uśmiechem.
   Podchodzę do niego bardzo wolno, układając sobie myśli w głowie. W jednym momencie staram się przypomnieć sobie rady mojego psychologa.
   Stoję kilka centymetrów od jego twarzy, wpatrując się w niego.
- Bałam się, że znowu odszedłeś - szepczę. Peeta przytula mnie, a ja dalej drżę. Martwe twarze, setki zabitych, rozwalony dystrykt, uśmiechy trybutów, wszystko w mojej głowie zlewa się w jedną całość, niszcząc mój umysł.
- Już, już, spokojnie, nigdy do tego nie wrócimy, rozumiesz? - mówi opanowanym głosem. Zawsze potrafił panować nad swoimi emocjami. Nawet po wydarzeniach z igrzysk głodowych.
- Nie, to na zawsze zostanie z nami. - zaprzeczam. Nie potrafię znieść jego kłamstw, choć wiem, że ich potrzebuję.
- Chyba, że zastąpimy te wspomnienia czymś innym - obracam wzrok. Peeta odstawia w końcu dzbanek, chyba oparzył mu dłonie albo po prostu znudził się trzymaniem go.
- Czym?
Całuje mnie w czoło, po czym patrzy w dal i opowiada:
- Dobrymi wspomnieniami.
   Przytulam się do jego silnego torsu i stoję tak bez ruchu. Nie chcę odchodzić, on chyba też nie chce mnie wypuszczać z ramion.
- Kto to powiedział? Twój psycholog?
- To był pomysł żmii. Ja go przekręciłem - wyczuwam w jego głosie nutę jadu i spoglądam na niego z niepokojem. Znam go bardzo dobrze, nie skrzywdziłby nikogo, a tym bardziej nie nazwał nikogo żmiją, choć jak inaczej można było nazwać prezydenta Snowa?
   Stoimy tak długo, bez słowa. Przypominam sobie jedyny moment podczas Ćwierćwiecza, który z chęcią zapamiętałam. Rozmowę z Peetą na plaży, kiedy dał mi swój złoty medalion - nasz znak rozpoznawczy, wymyślony przez Effie. Powiedział mi wtedy, że muszę przeżyć, bo mam dla kogo żyć, gdzie wrócić, on nie ma nikogo.
   Wpadam na pomysł.
- Chcę zbudować nowe dobre wspomnienia, ale tylko jeśli będą związane z tobą. - mówię pewnie. Peeta trzyma mój podbródek i obraca go w swoją stronę. Patrzę na jego usta jednocześnie walcząc z pokusą pocałowania ich. Obiecałam sobie, że dam sobie spokój z zakochaniem, z wyborem pomiędzy nim, a Gale'm.
   Teraz Gale'a przy mnie nie było, a nim się spostrzegłam, moje usta dotykały ust Peety. Wtulałam się w niego mocno, ciesząc się jego obecnością. Po tylu nieszczęściach, okropieństwach, jakie mnie dotknęły, w końcu poczułam szczęście. Poczułam się tak, jak wtedy, gdy żył mój ojciec. To samo bezpieczeństwo, uśmiech, miłość. Moje serce napawało się tymi uczuciami, jak narkotykiem, nie chcąc się od niego uwolnić.
   W końcu Peeta odpycha mnie delikatnie, ale stanowczo, łapiąc oddech. Ja również dyszę.
- Dobra, może zacznijmy od początku  mówi z uśmieszkiem. - Co chcesz na śniadanie?

niedziela, 23 listopada 2014

Prolog



   Budzi mnie wrzask, gdy przypominam sobie, że ten głos należy do mnie. Znowu te same sny, te same potworne, rzeczywiste sny, w których brałam udział tak dawno. Nie mogę wybić ich z mojej głowy, chociaż tak bardzo pragnę. To, co przeżyłam jest zbyt bolesne.
   Po chwili słyszę kroki na schodach. Przypominam sobie, że nie jestem sama, że od kilku dni Peeta zamieszkał razem ze mną – szczególnie z powodu takich właśnie snów.
   Kiedy wchodzi do mojej sypialni, czuję ulgę, której nie czułam długo, gdy był przetrzymywany w Kapitolu.
- Znowu sny? – pyta cicho. Nie potrafię patrzeć na niego inaczej niż na tego torturowanego chłopaka, wyrwanego z sideł zepsutego do szpiku kości systemu. Kiwam delikatnie głową. Widzę w jego oczach troskę, za którą tak bardzo tęskniłam przez te wszystkie samotne noce.
   Idzie powoli i kładzie się obok mnie. Spokojnie, z nim jestem bezpieczna – powtarzam sobie. Jestem bardzo samolubna. On przeszedł więcej niż ja. Jakim cudem radzi sobie lepiej ode mnie?
- Przepraszam – szepczę, wtulając się w jego tors.
- Za co ty mnie przepraszasz? – pyta zdziwiony. Moim ciałem wstrząsa dreszcz, gdy przypominam sobie treść mojego snu, a raczej wspomnienia pierwszego dnia Peety w Trzynastce.
 - Ty ani razu nie krzyczałeś w nocy, ani razu mnie nie zawołałeś. – Peeta nie odpowiada, tylko patrzy na mnie dalej, jakby chciał, żebym wyczytała odpowiedź z jego wzroku. W końcu całuje mnie w policzek tak delikatnie, jakbym była ze szkła.
- Bo przyzwyczaiłem się do myśli, że cię przy mnie nie ma – odpowiada ledwie słyszalnie, po czym czuję, jak po jego policzku spływa samotna łza. Budzi się we mnie nienawiść. Nienawiść do Coin, że nie sprowadziła go tu wcześniej, że gnił w sidłach Snowa tak długo. Nienawiść do samego Snowa, że zrobił mu coś tak strasznego. Wreszcie nienawiść do samego losu, że rozdzielił nas na tak długo. Teraz już wiem, że kocham Peetę.
   Wtulam się w niego jeszcze bardziej, czuję jak bije jego serce.
- Teraz już nigdy nie odejdę. – przyrzekam.